Copyright Czwarta-Kwarta.com Wszelkie prawa zastrzeżone
autorem wszystkich tekstów jest Adam Szczepański
Lakers - Magic 100:75
Gracz meczu: Kobe Bryant
Rok temu Bryant także był w finale, ale nie udało mu się zdobyć pierwszego mistrzostwa bez O'Neala. W pierwszym meczu rywalizacji z Magic widać było, że Kobe teraz zrobi wszystko, by tym razem nie zmarnować szansy na tytuł. Rozegrał fantastyczne spotkanie prowadząc Lakers do pewnego zwycięstwa. Kiedy on odpoczywał na początku drugiej kwarty Magic osiągnęli 5-punktową przewagę, natomiast tuż po jego powrocie na parkiet gospodarze odnotowali serię 10-0. W sumie w drugiej kwarcie zaliczył 12 punktów, a pierwszą połowę zakończył z dorobkiem 18. Jednak dopiero w trzeciej odsłonie meczu Bryant zaprezentował grę na najwyższym poziomie. Pomógł Lakers wygrać trzecią kwartę 29-15 zdobywając przez te 12 minut aż 18 punktów. Cały mecz zakończył mając na swoim koncie 40 punktów, 8 asyst i 8 zbiórek, a także po 2 bloki i przechwyty. Bryant zagrał w tym spotkaniu jak przystało na lidera drużyny, który chce poprowadzić swój zespół do mistrzostwa. Warto dodać, że w historii finałów Kobe jest dopiero czwartym zawodnikiem, który odnotował przynajmniej 40pts-8ast-8reb w jednym meczu.
Decydujące elementy:
:: obrona Lakers - gospodarze zupełnie wyeliminowali zdobycze Magic spod kosza. W efekcie goście zaliczyli tylko 22 punkty z pola trzech sekund. Udało im się to dzięki zatrzymaniu Howarda, który w starciu z wysokimi zawodnikami Lakers trafił zaledwie jeden z 6 rzutów z gry. Natomiast gdy center Magic zyskiwał przewagę i miał dobrą pozycję do zakończenia akcji był faulowany. Wysyłając swoich przeciwników na linię, gospodarze nie pozwolili Magic na odnalezienie swojego rytmu w ofensywie. Ostatecznie goście oddali 29 rzutów wolnych, z czego trafili 21 razy, dla porównania warto dodać, że z gry mieli w sumie tylko 23 celne rzuty.
:: atak Magic - co prawda goście prawie uzyskali swoją średnią playoffs trafiając 8 trójek, ale udało im się to przy nie najlepszej skuteczności wynoszącej 34.8%. Poza tym, nie tylko na dystansie spisywali się bardzo słabo, również pod koszem mieli poważne problemy. To był ich najgorszy występ w tegorocznych playoffs pod względem ataku, zdobyli zaledwie 75 punktów przy skuteczności 29.9%. Warto dodać, że zawodnicy pierwszej piątki Magic trafili tylko 23.9% swoich rzutów z gry. O fatalnej dyspozycji strzeleckiej gości świadczy również fakt, że ich najlepszym strzelcem był Pietrus mający 14 punktów.
:: Nelson - pojawiając się pierwszy raz na parkiecie od 4 miesięcy Nelson zaprezentował świetną grę w pierwszych minutach. Rozpoczął od podania do Gortata, które Polak zakończył wsadem, chwilę później asystował przy rzucie za trzy Lewsia, a potem sam zdobył punkty. Dzięki niemu Magic objęli najwyższe w tym meczu prowadzenie, mieli 5 punktów więcej na 8 i pół minuty przed końcem. Jednak trener Van Gundy przez to chyba zapomniał, że to jest dopiero jego pierwszy mecz w tych playoffs. Trzymał Nelsona przez całą drugą kwartę mimo że po tym dobrym początku, to Lakers zaczęli przejmować kontrolę nad przebiegiem spotkania. W dalszej części tej kwarty Nelson nie tylko był już mniej efektywny, ale jego dłuższa obecność negatywnie wpłynęła na Magic w ataku. Drużyna z Orlando w ostatnim czasie przyzwyczaiła się do gry z Alstonem lub Johnsonem na jedynce, a oni znacznie chętniej pozbywali się piłki dzieląc się rozgrywaniem akcji z Turkoglu. Natomiast Nelson prowadził grę w swój sposób. W tak ważnym momencie jak finały NBA, trzeba wykorzystywać swoje silne strony, które dały drużynie awans, a nie wprowadzać nowe rozwiązania. Oczywiście Nelson nie jest nowy w Magic, ale przez 4 miesiące jego nieobecności wszyscy przestawili się na grę bez niego, nauczyli się w ten sposób wygrać i nie powinno się tego nagle zmieniać. Wprowadzenie tego rozgrywającego na kilka minut, gdy dał on ten pozytywny impuls, byłoby świetnym rozwiązaniem, ale zaraz po tym powinien wrócić Alston.
:: dominacja Lakers pod koszem - gospodarze nie tylko zdobyli znacznie więcej punktów z pomalowanego, mieli ich aż o 34 więcej, ale również znacząco wygrali walkę o zbiórki. Ostatecznie Lakers zebrali 55 piłek, o 14 więcej niż Magic. Do tego gospodarze mieli aż 15 zbiórek w ataku. W efekcie zawodnicy drużyny z LA mogli ponawiać swoje akcje, na co nie pozwalali swoim przeciwnikom, którzy znacznie częściej pudłowali.
X-factor: Andrew Bynum
Co prawda Bynum grał tylko przez 22 minuty mając problemy z przewinieniami, ale gdy był na parkiecie spisywał się bardzo dobrze w rywalizacji z Howardem. Center Lakers dotychczas nie prezentował wysokiej formy, ale w tym meczu pokazał, że jego drużyna może na niego liczyć. Wykonał świetną pracę w obronie przeciwko Howardowi, nie pozwalając mu zdobywać łatwych punktów. Poza tym, warto dodać, że to Bynum zdobył pierwsze 4 punkty dla gospodarzy. Ostatecznie miał na swoim koncie 9 punktów, 9 zbiórek i blok. Dla Lakers bardzo ważne było, by ich środkowy poradził sobie w walce pod koszem z Howardem, a on zrobił co do niego należało, nie był to jeszcze występ na miarę pełni jego możliwości, ale wystarczyło, by skutecznie zatrzymać środkowego gości.
Lakers
Prowadzeni przez Bryanta, Lakers przejęli kontrolę nad spotkaniem w drugiej kwarcie. Przełomowa była seria 10-0, od tego momentu gospodarze już tylko powiększali swoją przewagę i nie dali drużynie z Orlando szans na wyrównaną walkę. Decydujące okazały się dwie środkowe kwarty i to właśnie wtedy najlepiej zagrał Bryant zdobywając aż połowę z 60 punktów całego zespołu. To jemu zawdzięczają tą wygraną, ale pozostali zawodnicy także zrobili co do nich należało. Bynum z Gasolem skutecznie walczyli z Howardem właściwie wykluczając jego zdobycze punktowe. Do tego, Hiszpan był drugim strzelcem Lakers z 16 punktami (58.3% z gry), na swoim koncie miał jeszcze 8 zbiórek i 2 bloki. Świetny mecz rozegrał również Odom, wchodząc z ławki zaliczył double-double zdobywając 11 punktów i zbierając 14 piłek. Poza tym, trzech zawodników odnotowało po 9 punktów: Bynum, Fisher (4 na 6 z gry) i Walton (4 na 5 z gry). Słabo natomiast w ataku zagrał Ariza, który przez cały mecz trafił tylko jedną trójkę i tym samym zaliczył 3 punkty. To jednak nie przeszkodziło Lakers w odniesieniu zwycięstwa, tym bardziej, że Ariza bardzo dobrze spisał się w defensywie przeciwko Turkoglu, pozwalając mu zdobyć zaledwie 2 punkty w drugiej połowie. Lakers w tym meczu potwierdzili swoją ogromną siłę. Jeśli tym razem nie będą mieli wahań formy jak we wcześniejszych rundach i utrzymają tą fantastyczną dyspozycję w kolejnych meczach, Magic będą mieli poważne problemy.
1:0
Polak w Finale
To był historyczny moment - pierwszy Polak zagrał w wielkim finale NBA, a do tego zaprezentował się bardzo dobrze. Pierwszy raz Gortat wyszedł na parkiet kiedy do końca pierwszej kwarty pozostawały 2 minuty i 23 sekundy. Na 51 sekund przed końcem zaliczył pierwszą zbiórkę, a na samym początku drugiej kwarty, po podaniu od Nelsona, zdobył pierwsze punkty wsadzając piłkę do kosza. Ostatecznie Gortat był jedynym zawodnikiem Magic, który może zaliczyć swój debiutancki występ w finale do udanych. Ponownie potwierdził swoją ogromną przydatność i świetnie spisywał się pod koszem w defensywie nie pozwalając rywalom na łatwe zdobywanie punktów. Na parkiecie spędził w sumie 20 minut i 6 sekund, z czego grał prawie przez całą czwartą kwartę i sporą część drugiej. Na swoim koncie miał 4 punkty trafiając 2 z 4 rzutów, do tego zebrał 8 piłek. Zaliczył również aż 4 bloki (połowę z całego dorobku bloków drużyny) i 2 przechwyty.
Magic
W odróżnieniu od większości zawodników Lakers, dla graczy Magic był to debiut w walce o najwyższą stawkę. Mają znacznie mniejsze doświadczenie i presja pierwszego meczu finałowego ich przytłoczyła. Tylko w pierwszej kwarcie potrafili prowadzić z gospodarzami wyrównaną walkę. Natomiast drugą i trzecią część spotkania przegrali aż 34-60. Nie znaleźli sposobu na przebicie się przez obronę Lakers pod koszem, a z dystansu byli mało skuteczni. Natomiast w defensywie nie mieli pomysłów na zatrzymanie Bryanta lub chociażby ograniczenie jego popisów. Zawiedli wszyscy podstawowi zawodnicy gości, żaden nie rozegrał dobrego spotkania. Co prawda Turkoglu zdobył w pierwszej kwarcie 9 punktów, ale w sumie miał ich tylko 13, a jego skuteczność z gry wyniosła 27.3%. Howard odnotował double-double mając 12 punktów i 15 zbiórek, jednak większość ze swoich punktów zaliczył z wolnych, a z gry trafił zaledwie jeden rzut na 6 prób. W historii swoich występów w playoffs, to była najmniejsza liczba celnych rzutów z gry Howarda. Dwucyfrowy dorobek punktowy zaliczył jeszcze Pietrus (14), ale on tak samo jak pozostali miał problemy ze skutecznością i na 13 rzutów spudłował aż 8. Poza tym, nie potrafił nawet utrudnić życia Bryantowi, który robił co chciał z obroną Magic. Lewis zdobył 8 punktów trafiając zaledwie 2 z 10 rzutów. Alson miał na swoim koncie tylko 6 punktów i jedną asystę, a na 9 rzutów odnotował 2 celne. Natomiast zmieniający go Nelson zakończył spotkanie z dorobkiem 6 punktów (3 na 9 z gry) i 4 asysty, co jest niezłym wynikiem jak na zawodnika grającego dopiero po raz pierwszy od 4 miesięcy. Jednak jego powrót nie pomógł Magic tak jak oni tego oczekiwali, wprowadził do ich gry więcej zamieszania niż pozytywnej energii. Długie trzymanie Nelsona na boisku w drugiej kwarcie było bez wątpienia błędem Van Gundy'ego. W finale trzeba opierać się na sprawdzonych pomysłach, które już potwierdziły swoją skuteczność, tu nie ma miejsca na eksperymenty. Natomiast trener Magic nie tylko wprowadził rozgrywającego, z którym zespół dawno już nie grał, ale także w pewnym momencie postawił na duet Howard-Gortat, co wcześniej było bardzo rzadko wykorzystywanym rozwiązaniem. Teraz zawodnicy drużyny z Orlando mają już za sobą najtrudniejszy pierwszy występ w finałach. Muszą wykorzystać najbliższe 3 dni do drugiego starcia, by zapomnieć o tym fatalnym meczu, wyciągnąć z niego wnioski i oswoić się z presją tego ważnego wydarzenia. To był ich najgorszy mecz w tych playoffs, gorzej już chyba być nie może.