• Strona główna
  • 4kwarta News
  • Market
  • Redakcja
  • Współpraca
  • Archiwum
  • TRADE RUMORS

Kategoria: Archeobasketologia

Rozgrywający z co najmniej 11 APG

kwi12
2012
43 komentarzy Karol Melaniuk

Dyskusja w komentarzach sprawiła, że zacząłem się zastanawiać czy Rondo jest jakimś ewenementem, czy może inni PG zaliczający tyle asyst również prowadzili tak słabe ofensywy. Trudno jest określić wartość asysty, ale celem tej statystyki jest wskazanie dobrych kreatorów. Niestety w praktyce asysta nie jest równa asyście. Dlatego też same w sobie nie mówią nam one wiele o jakości rozgrywania.

Rajon ma w tym sezonie średnio 11,4 APG, tak więc sprawdziłem wszystkich rozgrywających w historii, którzy notowali przynajmniej 11 asyst na mecz. W sumie takich graczy jest 13, niektórzy z nich tą granicę przekroczyli wielokrotnie. Rekordzistą jest oczywiście niezapomniany Stockton, który dokonał tego 9 razy. Zobaczmy teraz ilu z nich miało tak wiele asyst i jednocześnie prowadziło dobre ofensywy, a ilu mimo dużych ilości asyst prowadziło słabe ataki.

Druga kolumna to ilość sezonów, gdy dany zawodnik miał co najmniej 11 APG. Trzecia to przeciętna siła ofensywy drużyny w tym okresie wyrażona w ortg w stosunku do średniej ligowej. Czwarta natomiast to średnia asyst gracza w tym okresie.

gracz lata ortg APG
Magic Johnson

8

5,5

12,4

Steve Nash

6

5,5

11,3

Kevin Johnson

2

5,2

11,8

Oscar Robertson

3

4,4

11,3

Tiny Archibald

1

3,8

11,4

Isiah Thomas

2

2,8

12,5

John Stockton

9

2,2

13,1

Chris Paul

2

2,2

11,3

Norm Nixon

1

1,6

11,1

Mark Jackson

1

-0,7

12,3

Kevin Porter

1

-1,7

13,4

Rajon Rondo

2

-2,3

11,4

Guy Rodgers

1

-4,6

11,2

Widzimy kilka ciekawych rzeczy. Najlepsi PG w historii przez wiele sezonów nie tylko zdobywali mnóstwo asyst, ale też bardzo dobrze prowadzili ofensywy swoich drużyn. Magic i Nash są tu po prostu fenomenalni, a i niedoceniany KJ wypada świetnie.

Na całkiem przeciwnym biegunie jest grupa graczy, których wiele asyst nie przekładało się na dobrą ofensywę drużyny (a wcale nie mieli słabych partnerów) i w konsekwencji atak ich zespołów był poniżej średniej ligowej. Co ciekawe, wszystkich tych czterech graczy łączy jedno – poważne wady pod względem scoringu. Choć i tak poza Rodgersem, to byli oni w tym elemencie lepsii niż Rondo.

PG musi stanowić zagrożenie jeśli chodzi o zdobywanie punktów. W ten sposób bowiem sprawia, że defensywy „nie oszukują”, nie odpuszczają go kosztem skupienia się na reszcie drużyny. Oczywiście nie wolno przegiąć w drugą stronę i rzucać tyle co np. Marbury. Właśnie to cechuje tych największych rozgrywających, i Magic jest tego najlepszym przykładem, że mimo iż potrafią zdobywać punkty, to tak dzielą się piłką, by wszyscy byli zadowoleni, a jednocześnie nie pozwalają defensywnie, aby ich lekceważyła.

Oczywiście w porównaniu do Magica, czy Nasha większość rozgrywających wypadnie blado i nie o to tu chodzi. Chcę po prostu pokazać, jak bardzo ułomności w scoringu u playmakera wpływają na jakość całej ofensywy. Że nawet jeśli zdobywa on dużo asyst, to one nie przekładają się na dobry atak jeśli sam PG nie będzie w stanie regularnie i efektywnie zdobywać punktów.

Właściwie pod względem ogólnego wpływu na grę porównałby Rondo właśnie do Marka Jacksona. Był on lepszym scorerem , ale gorszym obrońcą, lecz jeśli chodzi o rozgrywanie, to obaj wypadali tu podobnie. Jackson również za młodu wyglądał na zawodnika, który zostanie wielką gwiazdą, do tego grał w NY, co tylko pomagało rozwijać się jego reputacji. Czas jednak pokazał, że mimo iż był bardzo dobrym PG, to nigdy nie łapał się do top 5 rozgrywających w danym sezonie. Raczej jak Rondo, w najlepszych latach był top 10.


NBA

Kategoria: Artykuły, NBA 11/12, różne - Tagi: Guy Rodgers, Kevin Porter, magic johnson, mark jackson, rajon rondo, steve nash

Horry, Kobe, LeBron i inni w clutch

mar22
2012
1 komentarz Karol Melaniuk

Jak wspomniałem tydzień temu, w NBA za clutch przyjęło się uważać pięć ostatnich minut czwartej kwarty lub dogrywki, gdy żadna z drużyn nie prowadzi więcej niż pięcioma punktami. Dziś przyjrzymy się temu, jak w takich sytuacjach w playoffs wyglądają poszczególni gracze od 2001 roku. W sumie od tego czasu aż 404 zawodników oddało przynajmniej jeden rzut z gry w clutch w playoffs, a średnia ligowa wynosi 44,1 eFG%. Wynik całkiem dobry, znacznie lepszy niż skuteczność przy game winnerach (27,2 eFG%) i nieco gorszy niż ogólna efektywność w regular w tym okresie (od 47,3 do 50 eFG%). Pierwsza tabela przedstawia 20 graczy, którzy mieli najwięcej FGA, druga tych, którzy mieli najlepszą skuteczność (minimum 20 rozegranych spotkań).

gracz G FG FGA 3P 3PA 3P% eFG% %ast’d FGAperG
Steve Nash

39

47

97

17

44

38,6

57,2

14,9

2,5

LeBron James

48

70

154

17

48

35,4

51,0

14,3

3,2

Shaquille O’Neal

35

37

74

0

0

50,0

54,1

2,1

Allen Iverson

26

33

79

9

20

45,0

47,5

39,4

3,0

Tim Duncan

60

66

146

1

2

50,0

45,5

40,9

2,4

liga

29,8

44,1

49,0

Dirk Nowitzki

48

50

126

11

26

42,3

44,0

38,0

2,6

Kevin Garnett

34

27

64

2

3

66,7

43,8

44,4

1,9

Hedo Turkoglu

34

26

68

7

24

29,2

43,4

23,1

2,0

Tony Parker

54

48

114

1

11

9,1

42,5

29,2

2,1

Manu Ginobili

43

36

96

9

30

30,0

42,2

47,2

2,2

Kobe Bryant

66

84

215

11

45

24,4

41,6

14,3

3,3

Richard Hamilton

35

31

77

1

4

25,0

40,9

51,6

2,2

Dwyane Wade

40

39

102

4

15

26,7

40,2

12,8

2,6

Paul Pierce

45

45

129

10

28

35,7

38,8

33,3

2,9

Ray Allen

38

28

87

11

50

22,0

38,5

75,0

2,3

Vince Carter

24

27

74

2

12

16,7

37,8

37,0

3,1

Rasheed Wallace

33

27

82

8

32

25,0

37,8

63,0

2,5

Chauncey Billups

42

30

101

14

48

29,2

36,6

36,7

2,4

Jason Kidd

44

34

103

7

37

18,9

36,4

26,5

2,3

Jason Terry

32

24

81

9

27

33,3

35,2

33,3

2,5

gracz G FG FGA 3P 3PA 3P% eFG% %ast’d FGAperG
Robert Horry

27

18

36

13

26

50,0

68,1

72,2

1,3

Pau Gasol

27

27

46

0

0

58,7

37,0

1,7

Steve Nash

39

47

97

17

44

38,6

57,2

14,9

2,5

Michael Finley

25

23

51

9

27

33,3

53,9

69,6

2,0

Derek Fisher

41

22

54

12

31

38,7

51,9

68,2

1,3

LeBron James

48

70

154

17

48

35,4

51,0

14,3

3,2

Shaquille O’Neal

35

37

74

0

0

50,0

54,1

2,1

Shawn Marion

27

26

58

4

13

30,8

48,3

73,1

2,1

Allen Iverson

26

33

79

9

20

45,0

47,5

39,4

3,0

Lamar Odom

34

25

56

2

10

20,0

46,4

52,0

1,6

Peja Stojakovic

20

14

39

8

23

34,8

46,2

78,6

2,0

Tim Duncan

60

66

146

1

2

50,0

45,5

40,9

2,4

liga

29,8

44,1

49,0

Dirk Nowitzki

48

50

126

11

26

42,3

44,0

38,0

2,6

Kevin Garnett

34

27

64

2

3

66,7

43,8

44,4

1,9

Hedo Turkoglu

34

26

68

7

24

29,2

43,4

23,1

2,0

Tony Parker

54

48

114

1

11

9,1

42,5

29,2

2,1

Mike Bibby

22

24

60

3

16

18,8

42,5

58,3

2,7

Kenyon Martin

29

25

59

0

2

0,0

42,4

56,0

2,0

Manu Ginobili

43

36

96

9

30

30,0

42,2

47,2

2,2

Richard Jefferson

21

18

50

6

14

42,9

42,0

77,8

2,4

Przede wszystkim widzimy, że reputacja niektórych zawodników jako clutch wymiataczy jest zupełnie zasłużona . Inni z kolei to wyraźny przykład ulegania magii highlightów. Właściwie najlepiej to widać po dwóch graczach, do których przylgnął przydomek „Big Shot”. Horry jak najbardziej zasłużył sobie na taką ksywę, bo rzeczywiście trafiał wielkie rzuty tak dobrze jak mało kto. Billups z kolei znacznie więcej pudłował i to właściwie nie powinno nikogo dziwić. Na przykład ileż to bowiem razy Chauncey w decydujących momentach kończył szybki atak głupim rzutem z dystansu…

Oczywiście ich rola była diametralnie inna i Horry przede wszystkim korzystał z uwagi obrony skupionej na liderach Lakers oraz Spurs (co widać choćby po tym jak wiele jego rzutów w clutch było asystowanych). Billups z kolei więcej sam kreował, choć i tak korzystał z podań partnerów częściej niż inni rozgrywających i przede wszystkim wypada słabo w porównaniu z innymi liderami.

Największe zaskoczenie to dla mnie Iverson. Normalnie był przykładem bardzo nieefektywnego gracza, ale okazuje się, że pod presją był niesamowity (co w sumie nie powinno dziwić biorąc pod uwagę jego wolę walki) i w latach 2001-2003 był właściwie najbardziej clutch w NBA. Szkoda że teraz jest trochę zapomniany i jego kariera skończyła się w tak smutny sposób.

Widać też jak jednak niezasłużona jest zła reputacja LeBrona (choć ciągle aktualnym pozostaje pytanie – dlaczego w finałach nie grał tak samo jak we wcześniejszych rundach?) i jak przeceniany jest Kobe. Bryant oczywiście i tak jest jednym z lepszych wśród liderów, ale po raz kolejny widać, że nie jest zdecydowanie najlepszy, lecz to właściwie poziom od zawsze niedocenianego Manu.

Na koniec jeszcze tabelka z różnymi zawodnikami, głównie gwiazdami dawniejszych lat, ale też z kilkoma obecnej NBA. Roy specjalnie dla Ely3.

gracz G FG FGA 3P 3PA 3P% eFG% %ast’d FGAperG
Brandon Roy

4

6

8

4

5

80,0

100,0

50,0

2,0

Yao Ming

10

13

18

0

0

72,2

84,6

1,8

Toni Kukoc

4

4

7

2

3

66,7

71,4

50,0

1,8

David Robinson

9

7

11

0

0

63,6

85,7

1,2

Vlade Divac

9

8

15

1

1

56,7

25,0

1,7

Michael Finley

25

23

51

9

27

33,3

53,9

69,6

2,0

Gary Payton

13

9

22

2

6

33,3

45,5

33,3

1,7

Kevin Durant

9

13

32

3

13

23,1

45,3

53,8

3,6

Carmelo Anthony

18

16

40

4

12

33,3

45,0

50,0

2,2

Karl Malone

11

9

20

0

0

45,0

88,9

1,8

liga

29,8

44,09

49,0

Reggie Miller

17

17

51

9

36

25,0

42,2

76,5

3,0

Gilbert Arenas

12

15

39

2

11

18,2

41,0

6,7

3,3

Chris Webber

24

19

49

1

4

25,0

39,8

57,9

2,0

Derrick Rose

15

18

46

0

4

0,0

39,1

5,6

3,1

Rajon Rondo

26

19

53

1

9

11,1

36,8

36,8

2,0

Tracy McGrady

13

13

41

1

9

11,1

32,9

23,1

3,2

Russell Westbrook

10

11

42

1

9

11,1

27,4

0,0

4,2

John Stockton

6

4

15

0

5

0,0

26,7

25,0

2,5

Tak, Roy był świetny w clutch, ale niestety nie mógł pograć za wiele. Reggie, mimo podeszłego koszykarsko wieku, wypada bardzo dobrze, więc aż strach pomyśleć jak świetny musiał być u szczytu możliwości. Wbrew powszechnej opinii Karl Malone też nie zawodził w decydujących momentach, niestety nie można tego samego powiedzieć o Stocktonie.


NBA

Kategoria: Artykuły, NBA 11/12, różne, stats - Tagi: allan iverson, brandon roy, chauncey billups, john stockton, karl malone, kobe bryant, lebron james, robert horry

Początki shootaround

mar10
2012
1 komentarz Adam Szczepański

Shootaround, tak w Stanach nazywany jest luźny, poranny trening odbywający się w dzień meczu. Obecnie w NBA jest on normą i każda drużyna ma go w swoim przedmeczowym rytuale. Jednak 40 lat temu nikt nie myślał o tym, żeby trenować jeszcze na kilka godzin przed meczem. Na taki pomysł wpadł dopiero Bill Sharman, który w 1971 został mianowany trenerem Los Angeles Lakers.  Wówczas wprowadzenie przez niego shootarounds było czymś nietypowym, uważanym przez niektórych za dziwactwo trenera.

Bill Sharman dołączył do Lakers mając już za sobą kilka lat pracy trenerskiej i to z sukcesami, był wtedy świeżo upieczonym mistrzem ligi ABA. Jego zadaniem było powtórzenie tego sukcesu w NBA i poprowadzenie Lakers do tytułu. Mogło to się wydawać dość łatwe, ponieważ obejmował zespół mający w swoim składzie tak wielkie gwiazdy jak Wilt Chamberlain, Jerry West i Gail Goodrich. Jednak we wcześniejszych latach złożona z gwiazd drużyna Lakers, nie potrafiła wspiąć się na sam szczyt. Sharman miał to zmienić. Jednym z jego sposobów, była właśnie zmiana w systemie treningów i wprowadzenie shootaround. W jego zamierzeniu miały to być luźne treningi, na których nie ćwiczono żadnych zagrywek, był to czas aby zawodnicy rozluźnili się przed meczem i przede wszystkim ‘rozrzucali się’, stąd też ich nazwa.

Podczas swojej zawodniczej kariery, którą prawie całą spędził w Boston Celtics, Sharman praktykował tego typu treningi, ale wykonywał je indywidualnie. Wszystko zaczęło się od tego, że pewnego dnia czekając na wieczorny mecz, nie miał co robić, dlatego poszedł na boisko, aby sobie porzucać. Później rozegrał bardzo dobre spotkanie i uznał, że pomógł mu właśnie ten nadprogramowy trening. Dlatego od tamtego momentu regularnie w dzień meczu, rano chodził na boisko porzucać. Skoro jemu to pomagało, będąc trenerem postanowił wprowadzić shootaround do treningów swojej drużyny. Był to zupełnie nowy pomysł, wcześniej nie praktykowany w NBA, dlatego niektórzy zawodnicy nie byli zadowoleni, że w dzień meczu muszą wstawać wcześnie rano na dodatkowy trening. Za głównego oponenta shootaround uważany był wówczas Wilt Chamberlain. W tamtym czasie po NBA krążyła plotka o tym, że Wilt miał zakomunikować asystentowi Sharmana, że on gra tylko raz dziennie, dlatego trener ma sobie wybrać, czy woli aby grał o 10 rano czy o 8 wieczorem. Chamberlain był znany z tego, że kładł się spać późno w nocy, a potem spał co najmniej do południa, dlatego poranne treningi nie przypadły mu do gustu. Jednak wspominając to po latach, Sharman zaprzecza tamtym plotkom i zapewnia, że nigdy takie słowa ze strony Chamberlaina nie padły. Chociaż kiedy na początku przedstawił swój pomysł, wszyscy w klubie mówili mu, że Wilta nie uda mu się do tego przekonać. Dlatego Sharman musiał przeprowadzić z nim indywidualną rozmowę, aby namówić go do shootaround. Podając swój przykład, przekonywał gwiazdora Lakers, że takie treningi pomogą wszystkim zawodnikom, również i samemu Wiltowi. Dzięki nim będą lepiej przygotowani do meczu, będą mieć więcej energii i większą wytrzymałość. Tłumaczył, że jest to znacznie lepszy sposób na przygotowanie się do meczu niż siedzenie w domu. Chamberlain, będący już u progu swojej wspaniałej kariery, wysłuchał argumentów trenera, ale nie uwierzył mu, że shootarounds mogą pomóc. Mimo to zgodził się, żeby spróbować i zobaczyć, co z tego wyjdzie. Ostatecznie Sharman nie miał problemów z Wiltem, który zmienił swoje przyzwyczajenia, wstawał rano i stawiał się na wszystkie poranne treningi. Chociaż nie angażował się w nie za bardzo. Przeważnie rzucał wtedy wolne, z którymi podczas meczów zawsze miał problem, a niekiedy spędzał ten czas po prostu czytając gazetę. To jednak nie przeszkadzało Sharmanowi, dla niego najważniejsze było, że wszyscy zawodnicy są obecni i wspólnie przygotowują się do meczu.

Pierwszy shootaround odbył się przed meczem otwarcia sezonu 1971/72, w którym Lakers pokonali Pistons 132-103. Po kilku pierwszych spotkaniach, Chamberlain wraz ze swoimi kolegami nadal miał jeszcze wątpliwości, co do przydatności shootaround. Jednak bardzo szybko to się zmieniło. Już w dziesiątym meczu rozgrywek, Lakers rozpoczęli niesamowitą serię 33 zwycięstw z rzędu, która do teraz pozostaje rekordową w historii NBA. Od tego momentu już nikt nie kwestionował pomysłu Sharmana. Cały sezon zakończyli z imponującym wynikiem 69-13, co jest drugim najlepszym rezultatem w historii, a następnie przeszli jak burza przez playoffs i zdobyli mistrzostwo.

Oczywiście nie można stwierdzić, że tak znakomite rozgrywki, Lakers zawdzięczali wyłącznie wprowadzeniu shootarounds. Zapewne złożyło się na to wiele różnych elementów. Jednak nie ma wątpliwości, że te poranne treningi miały pozytywny wpływ na postawę całego zespołu. Dlatego już od kolejnego sezonu Sharman wydłużył je z 20 do 40 minut. Natomiast inne drużyny NBA, będąc pod wrażaniem sukcesu Lakers, poszły w ich ślady i również wprowadziły shootaround do swojego przedmeczowego grafiku.


NBA

Kategoria: Artykuły - Tagi: bill sharman, jerry west, lakers, shootaround, wilt chamberlain

Dwa największe sukcesy w historii polskiej koszykówki

lut29
2012
4 komentarzy Maciej Jamrozik

Komentarz: Praca została napisana na zajęcia z Historii Politycznej Polski XX wieku, prowadzonych przez dr Daniela Przastka. Praca ta miała na celu porównać obydwie imprezy sportowe. Posiłkowałem się tylko i wyłącznie źródłami prasowymi, gdyż takie były zasady pisania. Śródtytuły nie znajdowały się pierwotnie w pracy.

„Mistrzostwa Europy w koszykówce mężczyzn w 1939 i 1963 roku – dwa największe sukcesy w historii polskiej koszykówki”

Wstęp

Koszykówka została wymyślona przez Kanadyjczyka Jamesa Naismitha w 1891 roku. Od tego czasu ta gra zdobyła rzesze fanów na całym świecie, aktualnie jest jedną z najpopularniejszych dyscyplin sportu. Prawie każdy człowiek na świecie kojarzy Michaela Jordana i amerykańską ligę NBA.

Pracę tę potraktowałem jako możliwość zgłębienia dwóch największych sukcesów w historii polskiej koszykówki – brązowego medalu przywiezionego z Kowna w 1939 roku oraz srebrnego medalu z mistrzostw Europy odbywających się pierwszy raz w Polsce, we Wrocławiu, w 1963 roku.

Korzystałem głównie z „Przeglądu Sportowego”, piszącym o sporcie już od 1921 roku. Posiłkowałem się także doniesieniami prasowymi z „Kurjera Porannego” oraz „Robotnika” (odnośnie mistrzostw z 1939 roku), a odnośnie mistrzostw z 1963 roku, znalazłem długie artykuły w „Trybunie Ludu” i „Słowie Powszechnym”

Obydwa czempionaty do siebie porównam zarówno pod kątem sportowym, politycznym, jak i językowym.

Wyjazd do Kowna na ME? Raczej z obowiązku…

Pierwsze mistrzostwa Europy odbyły się w 1935 roku i były próbą generalną przed debiutem koszykówki na Olimpiadzie w 1936 roku, w Berlinie. Od tamtego roku mistrzostwa odbywają się co 2 lata, z przerwą na czas drugiej wojny światowej (po mistrzostwach w Kownie kolejne odbyły się dopiero w 1946 roku). Polacy na ME na Litwie nie musieli osiągnąć konkretnego rezultatu, w przeciwieństwie do sytuacji z 1963 roku. Jak pisze w „Przeglądzie Sportowym” W. Szeremeta: „Polacy powinni w najgorszym wypadku zająć 2 miejsce w eliminacyjnej grupie B, aby już ostatecznie zdobyć (po raz drugi) ostrogi olimpijczyków 1964. (…) Według kryteriów PKOL konieczne są jeszcze drugie ostrogi – równają się one zajęciu 4 miejsca w ogólnej klasyfikacji ME we Wrocławiu”. Nie dość, że rozgrywali mistrzostwa przed swoją publicznością, to walczyli o awans na Igrzyska Olimpijskie. Warto dodać, że polska koszykówka obchodziła wtedy 50-lecie swojego istnienia. Zawodnicy jak i PZKosz (Polski Związek Koszykówki) w związku z tym na pewno odczuwali sporą presję. Jakże w innej sytuacji byli zawodnicy wyjeżdżający do Kowna. „Nim przejdziemy do oceny własnej drużyny, należy na wstępie stwierdzić, że wyjechała ona do Kowna raczej z obowiązku. Po drużynie, która nie przeszła nawet 2-tygodniowego obozu, osłabionej brakiem rezerw, drużynie, która sztucznie przedłużyła sezon o 2 miesiące – nie można się było wiele spodziewać” – możemy przeczytać w „Przeglądzie Sportowym”. Każdy sportowiec wie, że gra się zupełnie inaczej nie mając wysoko postawionego celu. Komfort psychiczny w czasie tak długiego i intensywnego turnieju jakim są mistrzostwa Europy, mógł się okazać kluczem do zajęcia aż trzeciej pozycji na czempionacie z 1939 roku.

Prestiż wynikający z zajęcia miejsca na podium był zupełnie inny przed wojną, a po wojnie. Nie ujmując ogromu pracy, jaki włożyli w brązowy medal Polacy w 1939 roku, jednak były to mistrzostwa, w których brało udział zaledwie osiem zespołów, w tym dwa wyraźnie odstające od reszty: Węgry i Finlandia. Dostajemy tym samym zaledwie 6 drużyn walczących o trzy miejsca na podium. Tymi reprezentacjami były: Litwa, Łotwa, Estonia, Francja, Włochy oraz Polska. W czasie mistrzostw w Polsce było o wiele ciężej o podium – o mistrzostwo walczyło aż szesnaście zespołów, spośród których tylko trzy wyraźnie odstawały: Turcja (jedno zwycięstwo w turnieju), Holandia (także jedno), Finlandia (dwa zwycięstwa). Te trzynaście pozostałych zespołów to oprócz gospodarzy: ZSRR, NRD, CSRS (Czechosłowacja), Francja, Hiszpania, Rumunia, Jugosławia (wicemistrz świata z tego samego roku), Węgry, Bułgaria, Izrael, Włochy, Belgia, Sześć pierwszych krajów to obok Finlandii nasi rywale w grupie B. Nasz bilans z tymi zespołami w dotychczasowych spotkaniach wynosił 30 zwycięstw do 46 porażek.

Formuła turnieju sprzyjała Polsce przed wojną. Grano systemem każdy z każdym i potknięcie ze słabszym przeciwnikiem na początku mistrzostw nie skazywało zespołu na walkę o niższe pozycje. System, według którego rozgrywano czempionat w 1963 roku był bardziej bezlitosny. By dostać się do czołowej półfinałów i mieć szansę grę o medale, należało zająć minimum drugie miejsce w ośmiozespołowej grupie. Należy dodać, że w „polskiej” grupie (grupie B) mieliśmy ZSRR, drużynę, która byłą poza zasięgiem jakiejkolwiek reprezentacji europejskiej. Oznaczało to, że żeby być pewnym awansu do strefy medalowej, należało wygrać sześć z siedmiu spotkań (zakładając porażkę z ZSRR). Format mistrzostw został wprowadzony pierwszy raz właśnie we Wrocławiu, gdzie się sprawdził, podnosząc poziom imprezy.

Łotwa, jedyny mistrz Europy „karłów”

W przedwojennych mistrzostwach Europy istniał problem gry zawodników mających powyżej 190 centymetrów wzrostu. Gra, jaką jest koszykówka, ewoluowała przez te wszystkie lata i dziś to ci najmniejsi gracze na parkiecie mają około 190 cm, a ci najwyżsi – 210 cm. W 1939 roku: „Poza losowaniem omówiono m.in. sprawę udziałów zawodników, których wzrost przekraczał 190cm (podobnych zawodników mają Litwini i Estończycy). Polska wypowiedziała się przeciwko udziałowi tych zawodników w mistrzostwach. Po dyskusji zawarto kompromis, mianowicie postanowiono prowadzić oddzielną klasyfikację drużyn, w których niektórzy zawodnicy mają powyżej 190 cm wzrostu. Uchwała ta będzie miała znaczenie w ostatecznej klasyfikacji, a więc jeśli drużyna, w której skład wchodzą zawodnicy o wzroście ponad 190 cm zdobędzie pierwsze miejsce przed zespołem  w którym zawodnicy nie mają więcej niż 190, pierwsza drużyna zdobędzie tytuł w grupie o wzroście nieograniczonym, a druga otrzyma tytuł mistrza w grupie drużyn o wzroście ograniczonym”. Tym samym w Kownie wyłoniono dwóch mistrzów Europy: w kategorii absolutnej i z ograniczonym wzrostem („Przegląd Sportowy pisze o mistrzu „karłów”). Mistrzem absolutnym została zwyciężczyni całej imprezy, reprezentacja Litwy, mająca w swoim składzie najlepszego zawodnika mistrzostw, dwumetrowego Lubinasa, zaś mistrzem w kategorii ograniczonej została Łotwa. W 1963 roku nie było takich problemów, i nawet reprezentacja Polski posiadała w swoim składzie dwumetrowego zawodnika, Bohdana Likszo z Wisły Kraków.

Zasady gry na obydwu mistrzostwach były inne, niż w dzisiejszej koszykówce. Nie było linii trzypunktowej, mecz dzielono na dwie połowy.

Warto dodać, że w czasie ośmiu dni mistrzostw z 1939 roku na trybunach zasiadło łącznie około 90 tysięcy widzów, co nawet jak na dzisiejsze czasy jest niewyobrażalną liczbą. Hala w Kownie mogła maksymalnie pomieścić ok. 12 tysięcy kibiców. Dla porównania – rekordowa liczba widzów na jednym meczu PLK (Polskiej Ligi Koszykówki) wynosi ponad 10 tysięcy.

Sukces z 1963 roku był początkiem złotego okresu dla polskiej koszykówki. Na czterech kolejnych mistrzostwach Europy Polacy byli w pierwszej czwórce (dwa razy trzecie i dwa razy czwarte miejsce). Niestety nie przełożyło się to na „boom” na koszykówkę, co w dalszym rozrachunku nie pozwoliło na wychowanie następców srebrnych kadrowiczów.

Kontekst polityczny obydwu mistrzostw

Obydwa występy Polaków na Mistrzostwach Europy miały mocny kontekst polityczny. Polska nawiązała stosunki dyplomatyczne z Litwą dopiero w 1938 roku, a już rok później nasi koszykarze pojechali na Litwę reprezentować kraj. Rację ma „Przegląd Sportowy”, który zauważa, że wyjazd do Kowna to de facto uznanie Litwy: „Również z punktu propagandowego wyjazd spełnił swe zadanie. Był to przecie pierwszy występ sportowców polskich na ziemi litewskiej. Jeżeli bowiem początkowo Polska „cieszyła się” zupełnym brakiem sympatii, to dziś zdobyła – jeśli nie sympatię – to uznanie. Zdobyła dzięki ładnej, skutecznej i dobrze przemyślanej grze. Ma to swoje znaczenie dla dalszego rozwoju stosunków sportowych polsko-litewskich. Drużyna polska poza tym grała najbardziej fair”. Reprezentanci mieli przedłużyć sezon aż o dwa miesiące, żeby przyjechać na czempionat. O ile możemy pominąć kwestię grania fair i jego wpływu na widzenie Polski przez Litwina-kibica, o tyle w przededniu II wojny światowej Polska robiła przyjazne gesty w kierunku Litwy poprzez właśnie koszykówkę. I choć nigdy nie dojdziemy do prawdy z powodu wybuchu wojny, to czy w alternatywnej historii za początek ocieplania relacji polsko-litewskich nie uznalibyśmy wyjazdu naszej reprezentacji na mistrzostwa Europy w koszykówce? Samą organizacją mistrzostw Litwini chcieli zamanifestować swoją siłę i jedność, rzecz jasna w swym ograniczonym zakresie, ze względu na położenie międzynarodowe i potencjał, jednak… Podobną chęć mogliśmy dostrzec czy to w Pekinie (Igrzyska Olimpijskie w 2008 roku) czy sięgając głębiej w historię, po olimpiadę z 1936 roku, w Berlinie.

W 1963 roku Polska, kraj komunistyczny, dostał za zadanie organizację mistrzostw Europy. Dość niespodziewanie doszło do finału, w którym spotkał się gospodarz z faworytem, reprezentacją ZSRR. Czasopisma z tamtego okresu bardzo uważały, by z jednej strony nie deprecjonować możliwości zwycięstwa Polski nad ZSRR, z drugiej strony jednak bardzo wyraźnie wychwalały drużynę naszego sojusznika, w gdzie w „Trybunie Ludu” mogliśmy przeczytać: „Nie marzyliśmy przecież o tym, by w ostatnim meczu o Złoty Medal pokonać Związek Radziecki, broniący tytułu Mistrza Europy.(…) Polacy przegrali, bo z lepszą drużyną przegrać musieli.” czy w „Słowie Powszechnym”: „Złoty medal przypadł więc koszykarzom ZSRR jak najbardziej zasłużenie. Ta doskonała drużyny górowała zdecydowanie nad przeciwnikami. Jej defensywa była nie do przezwyciężenia dla wszystkich drużyn, a w meczu z Polską zagrała wręcz bezbłędnie.” To wszystko pisali dziennikarze, którzy widzieli wcześniejszy mecz Polski z ZSRR (mecz z pierwszej rundy kwalifikacyjnej), zakończony tylko 10-punktową porażką biało-czerwonych. W koszykówce dziesięć punktów to nieznaczna przewaga. W dodatku w obydwu relacjach rozpoczyna się od podsumowania punktowego ZSRR, co w przypadku meczu, w którym drugą stroną jest Polska, nie jest profesjonalizmem.

Małe zmiany w języku dziennikarzy na zakończenie

Analizując teksty pod kątem języka możemy zauważyć, że inaczej nazywano pewne zdarzenia, np. mecze kończyły się „w stosunku”, dzisiaj napisalibyśmy „wynikiem”. Rzucano kosze, a nie punkty, co współczesnego czytającego może zmylić, gdyż koszem współcześnie nazywamy trafienie do obręczy, a nie ilość punktów przysługujących za odpowiednie trafienie. W większości jednak język nie zmienił się. W relacjach z 1963 roku dziennikarze byli w stanie bardziej pochwalić się swoim warsztatem dziennikarskim, głównie z prostego powodu, że mieli możliwość oglądania tych spotkań. Tak jak już wcześniej zauważyłem, w momencie wspominania o reprezentacji ZSRR przypominano, jak bardzo ona dominuje nad całą resztą drużyn.

Kończąc swoje rozważania na temat mistrzostw Europy z 1939 roku i 1963 roku, chciałbym jeszcze raz podkreślić kontekst polityczny jaki miał występ Polaków na tych imprezach sportowych. Bardziej interesujący dla mnie zdaje się być wyjazd polskiej reprezentacji do Kowna, chyba ze względu na długotrwałe animozje polsko-litewskie jak i czas, który nas dzieli od tych wydarzeń. Brązowy medal z Kowna i srebrny medal z Wrocławia to dwa największe sukcesy w historii polskiej koszykówki – przedwojennej i powojennej.


NBA

Kategoria: Artykuły

Reggie Lewis. Za wszelką cenę.

sty31
2012
1 komentarz Tomasz Kordylewski

Historia gracza, który pokochał koszykówkę zbyt mocno.

Upadek pierwszy.

Celtics przegrali siódme spotkanie 104-122. Być może to dzięki przewadze parkietu Cavaliers. Być może to Hot Rod Williams, który rozegrał swój najlepszy mecz tamtejszych playoffów, pozbawił Celtics zwycięstwa. Być może to przez Brada Daugherty’ego, który nie dość, że dostarczył swojej drużynie punktów, zbiórek oraz bloków to jeszcze powstrzymał Roberta Parisha i Kevina McHale’a. Reggie Lewis nie miał sobie nic do zarzucenia. Rozgrywał najlepsze jak do tej pory playoffy w swoim życiu. I to właśnie przez ten fakt przeżył swój pierwszy, tak bolesny upadek. Celtics wygrali 51 spotkań, kończąc sezon wynikiem 15-1, zaliczając kolejny dobry rok. Lewis wyrastał na nową gwiazdę ligi, miał za sobą najlepszy sezon w karierze. Po raz pierwszy został wybrany do All-Star Game, po raz pierwszy rozegrał wszystkie 82 spotkania, po raz pierwszy także miał skuteczność na poziomie 50%. Jakby tego było mało stał się pierwszym w historii graczem Boston Celtics, który zanotował sezon mając na koncie ponad 100 zbiórek, asyst, przechwytów i bloków! Był to dla niego naprawdę wyjątkowy sezon – wiele wzlotów i ten jeden bolesny upadek.

Celtics mieli więc jeszcze szansę, aby zdobyć tytuł mając w składzie Birda, Parisha oraz McHale’a, i nie zmieniał tego fakt, że na fali wznoszącej byli Bulls z Jordanem na czele. W pierwszej rundzie gładko pokonali Indiana Pacers. Reggie już w meczu otwarcia zaprezentował się znakomicie notując 36 punktów oraz 4 zbiórki, 4 asysty i 4 przechwyty. W spotkaniu numer 3 powtórzył swój wyczyn i ponownie zapisał na swoim koncie ponad 30 punktów. Jednak to nie było wszystko. W trzecim spotkaniu drugiej rundy z Cavaliers poprowadził on Celtów do zwycięstwa i objęcia prowadzenia w serii – znów zdobył 36 „oczek”, a do tego dołożył 7 asyst. Prawdziwy wybuch nastąpił jednak dwa dni później. Pomimo ostatecznej porażki Celtów, Reggie rozegrał jedno z najlepszych spotkań w karierze. Zdobył 42 punkty, czym pobił swój punktowy rekord w playoffs oraz wyrównał swój carrer-high. Celtics zdołali doprowadzić do dogrywki, w której jednak nieznacznie lepsi okazali się Kawalerzyści. Gdyby Bostończycy wygrali prowadziliby już 3-1 – los chciał inaczej. Lewis zakończył fazę posezonową ze średnią 28 punktów w każdym spotkaniu.

Upadek drugi.

Celtics wygrali pierwsze spotkanie 112-101. Xavier McDaniel po raz kolejny dał świetną zmianę. Tyle, że tym razem chciałby, aby takiej zmiany nie musiał dawać w ogóle. Reggie Lewis miał za sobą kolejny dobry sezon. Wybrano go na kapitana drużyny, co było wielkim zaszczytem – przecież wcześniej tę funkcję pełniły legendy Celtics jak Havlicek, Cousy czy Russell. Drugi sezon z rzędu utrzymał średnią przekraczającą 20 punktów. Boston, już bez swojego byłego kapitana Larry’ego Birda, zakończył sezon na drugim miejscu w dywizji z bilansem 48-34. W pierwszej rundzie trafił na Charlotte Hornets i był zdecydowanym faworytem tej serii. Pomimo zwycięstwa swojej drużyny Reggie przeżył kolejny upadek. Tym razem bardzo dosłowny. Celtics prowadzili 1-0, ale dalej musieli grać bez swojego lidera, kapitana, największej gwiazdy. Lewis świetnie zaczął spotkanie, co chwila dopisywał kolejne punkty na swoje konto. Zdobył 17 „oczek” w 13 minut. Nagle upadł na parkiet – zemdlał. Powodem były problemy z sercem. Nigdy więcej na parkiecie już się nie pojawił. Celtics bez Lewisa dzielnie walczyli w drugim spotkaniu jednak przegrali po dogrywce 98-99. Dwa kolejne mecze w Charlotte padły łupem gospodarzy i Celtics odpadli.

W ostatnim spotkaniu towarzyszyli mu nie tylko koledzy z ekipy Celtics, ale także dwóch ‘starych kumpli’. Mowa o Muggsy Boguesie oraz Davidzie Wingate, którzy razem z dwoma Panami R (Reggie Lewis oraz Reggie Williams) święcili sukcesy w szkole średniej. Podczas dwóch sezonów, jakie Lewis spędził w Dunbar High School, drużyna nie przegrała spotkania! Jako junior wraz z drużyną osiągnął bilans 29-0, by w kolejnym, seniorskim roku poprawić go o dwa zwycięstwa. Poeci byli wtedy drużyną No.1 w kraju, według USA Today.

Upadek trzeci.

Reggie został zabrany do bostońskiego szpitala na obserwacje. Kardiologiczny „Dream Team” złożony z 12 kardiologów na czele z lekarzem Celtów, Arnoldem Schellerem, postawił diagnozę – kardiomiopatia. Choroba ta powoduje nieregularne bicie serca, co może doprowadzić do śmierci, jeśli podczas intensywnych ćwiczeń serce bije tak szybko, że krew w ogóle do niego dochodzi. Kardiolodzy ze szpitala New England Baptist podkreślili jednak, że to tylko diagnoza, a serce Lewisa – większe niż u przeciętnych ludzi – może maskować pewne problemy. Doktorzy byli jednak zgodni w jednej kwestii – Lewis nigdy więcej nie może zagrać w koszykówkę. Lewis został postawiony przed brutalnym wyborem. Ze szpitala w Nowej Anglii wyszedł już po trzech dniach, a następnie żona Donna zabrała go do Brigham and Women’s Hospital, w którym kiedyś pracowała. Wszystko po to, aby zasięgnąć innej opinii. Lewis ponownie został zbadany – tym razem przez zespół, którym kierował dr Gilbert Mudge, szef oddziału kardiologicznego w szpitalu. Mudge swoją diagnozę przedstawił na konferencji prasowej – nie zagrażająca życiu arytmia oraz omdlenie przez nerwy w trakcie lub po wysiłku.

„Może wrócić do zawodowej koszykówki bez żadnych ograniczeń.”

Upadek czwarty.

Jak bardzo mylił się Mudge okazało się trzy miesiące później. 23 lipca 1993 roku, podczas kolejnego treningu w hali Uniwersytetu Brandeis, Reggie ponownie upadł. Tym razem już się nie podniósł. Lewisa próbowali ratować dwaj policjanci, którzy znajdowali się na hali w czasie rutynowego patrolu. Metoda usta-usta okazała się nieskuteczna, Reggie zmarł w szpitalu 2 i pół godziny później. Dopiero po śmierci Lewisa wyszedł na jaw fakt, że Lewis zasięgnął kolejnej – trzeciej – opinii lekarskiej. W czerwcu 1993 roku został ponowie przebadany, tym razem w Los Angeles. Jeden z lekarzy, William Stevenson, nie wykluczył diagnozy Mudge’a, jednak zaznaczył, że trudno było postawić prawidłową. Pojawiły się także pogłoski, jakoby Lewis miał spożywać kokainę przed śmiercią, jednak autopsja wykluczyła taką opcję. Opinia publiczna szybko dowiedziała się o diagnozie postawionej przez bostońskiego lekarza. Zdecydowana większość była oburzona. Mudge’owi dwukrotnie grożono śmiercią. Był oskarżonym w sprawie Lewisa, jednak ostatecznie, w maju 2000 roku, został oczyszczony z zarzutów.

Upadek piąty.

Cały Boston mocno przeżył śmierć Lewisa. Pomimo tego, że nie urodził się w Massachusetts, to był postrzegany jako lokalny chłopak. Grał przecież w Northeastern University, właśnie w Bostonie. Odnosił spore sukcesy jako kapitan drużyny. Już na swoim pierwszym roku poprowadził drużynę do najlepszego bilansu w historii szkoły. W kolejnych było jeszcze lepiej. W ciągu czterech lat spędzonych na uczelni rozegrał 128 spotkań (102-26), Huskies cztery lata z rzędu zdobywali tytuł North Atlantic Conference, a także kwalifikowali się do March Madness. Lewis trzy razy został wybrany najlepszym graczem swojej konferencji, szkołę opuszczał jako najlepiej punktujący gracz w historii uniwersytetu.

Poza tym mieszkańców Bostonu dotknęła kolejna taka tragedia. Kilka lat wcześniej swoje nadzieje pokładali w pewnym innym graczu z Maryland. Len Bias i Reggie Lewis pochodzili z tego samego miasta, obaj mieli być nowymi liderami Celtics, obaj w pełni nie pokazali swojego talentu. Bias nie zagrał nawet spotkania w zielonych barwach, zmarł z przedawkowania narkotyków dzień po drafcie, w którym wybrali go właśnie Zieloni. Obaj mieli zbawić Celtics, którzy przez ich śmierć na długie lata zapomnieli o czymś takim jak „Celtic Pride”. Zapomnieli co to znaczy wygrywać. Zaliczali coraz boleśniejsze upadki, mistrzostwo odzyskali dopiero po 15 latach od śmierci Reggiego. 21 stycznia 1989 roku jego numer – #35 – został przez uczelnię zastrzeżony (co ciekawe odbyło się to w hali Matthews Arena, czyli w pierwszej hali Celtics). Podobnie jak uczelnia postąpili Celtowie – zawiesili koszulkę Reggiego pod dachem w Ogródku 22 marca 1995.


Dostąpił tego zaszczytu, pomimo faktu, że jest jedynym graczem Celtics z zastrzeżonym numerem, który nie ma na koncie mistrzostwa NBA. Reggie wybrał koszykówkę pomimo tego, że wiedział z jak wielkim ryzykiem się to wiąże. Wiedział w jakim stanie jest jego serce. Jak na ironię to właśnie serce pomogło mu wybrać. Poszedł za głosem serca wybierając koszykówkę.


NBA

Kategoria: Artykuły, Celtics - Tagi: boston, celtics, Lewis, Reggie

The Human Highlight Film

sty24
2012
2 komentarzy Tomasz Kordylewski

Jacques Dominique Wilkins urodził się 12 stycznia 1960 roku w stolicy Francji, Paryżu. Jego ojciec, członek U.S. Air Force stacjonował właśnie tam, gdy Dominique przyszedł na świat. Rodzina Wilkinsa powróciła do Stanów osiedlając się w Waszyngtonie, w stanie North Carolina. Dominique zaczął uczęszczać do Washington High School. Tam był MVP back-to-back zdobywając razem ze swoją szkołą dwa mistrzostwa Class 3-A State w latach 1978-79. Następnie wstąpił do University of Georgia już z wyrobioną marką. W pierwszym sezonie notował średnio 18.6 punktów i  6.5 zbiórek, jednak w kolejnych podniósł swoje średnie do 23.6 punktów i 7.5 zbiórek, a w kolejnym roku 21.3 i 8.1. W 1981 roku grając jako junior został wyróżniony nagrodą SEC Men’s Basketball Player of the Year. Po tym sezonie opuścił college i przystąpił do Draftu 1982. Wybrany jako trzeci przez Utah Jazz za Jamsem Worthy i Terry Cummingsem.

Przez problemy z pieniędzmi i ogólną niechęcią Wilkinsa grania w Utah spędził tam zaledwie kilka miesięcy po czym został wytransferowany do Atlanta Hawks za Johna Drew, Freemana Williamsa i pieniądze. Pomimo tego, że to Wilkins nie chciał grać w Nutkach wymiana ta uważana jest za jedną z najbardziej nierównych w NBA.

Wilkins udowodnił swoją dobrą grą w Hawks, że jest wartościowym graczem, ale wszyscy zobaczyli to dopiero na jego drugim Slam Dunk Contest w Indianapolis w 1985 roku. Także w tym sezonie Wilkins zdobywał przeciętnie 27.4 punktów na mecz, co było szóstym wynikiem w NBA. Do tego dokładał 6.9 zbiórek, przechwycił także 135 piłek – drugi wynik w Hawks. W latach 1984-1986 rzucał najwięcej w NBA – podsumowując próbował 3968 razy (1981+1987), za każdym razem trafiając ponad połowę! Gdy w pierwszych dwóch latach oddał dwa celne rzuty za 3 na 22 próby, w kolejnym roku poprawił się trafiając z 30% skutecznością. Nie licząc dwóch pierwszych sezonów w NBA, Wilkins przez kolejne dziesięć lat rzucał także z ponad 80% skutecznością rzuty wolne. Pomimo jego wysiłków Atlancie nie udało się awansować do playoffs. Jednak w sezonie 1985/86 Wilkins wręcz eksplodował – średnia 30.3 punktów na mecz uczyniła go najlepszym strzelcem w NBA. Po raz pierwszy w karierze wybrany został do All-NBA First Team, a także do All-Star Game. Był pierwszym graczem Jastrzębi w Meczu Gwiazd od występu Eddie Johnsona w 1981 roku. Następnie przyszło mu bronić tytułu Najlepszego Dunkera, jednak został pokonany przez swojego kolegę, mierzącego  170 cm Anthony’ego „Spud” Webba. W sezonie tym season-high Wilkinsa w punktach wynosiło 57 „oczek”, a w Hawks liderował także pod względem zbiórek (średnio 7.9), stealów (138) i skuteczności FT (81%). Atlanta ówczesny sezon zakończyła bilansem 50-32 i pierwszej rundzie playoffs trafiła na Pistons, których gładko pokonała 4-0. Jednak w kolejnej nie było już tak łatwo – role się odwróciły i Hawks łatwo przegrali 1-4 z Boston Celtics. Wilkins w dziewięciu meczach notował średnio 28.6 punktów.

W następnym sezonie Dominique po raz drugi wystąpił w All-Star Weekend jako gracz. Oprócz tego Wilkins skończył sezon jaki drugi strzelec (29 punktów na mecz) zaraz po Jordanie, który notował wtedy ponad 37 punktów na mecz! 16 kwietnia 1987 w meczu przeciwko Bulls Wilkins zdobył swój 10,000 punkt w dość krótkiej karierze. Na zakończenie sezonu został mianowany do All-NBA Second Team. Atlanta poprawiła bilans z zeszłego sezonu, bijąc stary rekord – koszykarze Hawks odnieśli rekordowe 57 zwycięstw. Jednak w playoffach odpadli już w drugiej rundzie pokonani przez Detroit Pistons. Wilkins w fazie posezonowej notował 26.8 punktów na mecz.

W roku 1987/88 Wilkins znów był drugi jeśli chodzi o średnią zdobywanych punktów na mecz i znów za Jordanem. Notował 30.7 punktów na mecz, ale MJ był lepszy o ponad 4 punkty na mecz (średnia 35). W konkursie Slam-Dunków także lepszy okazał się Jordan, choć po kontrowersyjnej decyzji – wygrał 147 do 145.

Mimo tego Wilkins i tak mógł być zadowolony – wyróżnienie w All-NBA Secon Team, pierwszy gracz Hawks nagradzany NBA Player of the Week trzy razy w sezonie, dobry występ w Meczu Gwiazd (29 punktów i wygrana East 138-133, jednak MVP dostał… Jordan, który zdobył 40 punktów). Hawks po raz trzeci z rzędu wygrali 50 lub więcej meczy w sezonie, jednak w playoffach po raz kolejny odpadli już w Półfinałach Konferencji – tym razem po siedmiu meczach z Celtami. Jednak ta seria dała NBA jeden z najlepiej pamiętanych meczów w historii playoffów. Mecz numer 7 rozgrywany 22 maja – Wilkins i Bird, liderzy swoich teamów dali widzom genialny thriller, na przemian zdobywając punkty, od kosza do kosza. Ostatecznie Celtics wygrali 118-116, a Bird 20 ze swoich 34 punktów zdobył w emocjonującej ostatniej kwarcie. Nique zakończył mecz z dorobkiem 47 punktów. Tak spotkanie wspomina Wilkins:

Ja nie mogłem spudłować. On nie mógł spudłować. I to wszystko sprowadzało się do ostatniego rzutu w meczu. Kto miał go wykonać? To był najwspanialszy mecz w jakim kiedykolwiek grałem albo widziałem. Dwóch gości, którzy nie chcą przegrać.

W kolejnym sezonie Wilkins odzyskał miano Najlepszego Dunkera w NBA wygrywając z Kennym Smithem (Kings), pokonując też m.in. Shawna Kempa czy Scottie Pippena, jednak jeśli chodzi o punkty w sezonie regularnym to trochę obniżył swe loty – średnio 26.2 punktów (7 miejsce w NBA). Po raz kolejny wystąpił w All-Star Game, rzucał najlepiej w karierze wolne (ponad 84%), zanotował 117 przechwytów i został wybrany do All-NBA Third Team. Hawks poczynili duże wzmocnienia w postaci Mosesa Malone’a (średnie 20.2 punktów i 11.8 zbiórek) i Reggie Theusa (średnio 15.8 punktów), jednak to nie pomogło – Atlanta bez Kevina Willisa przegrała w pierwszej rundzie z Bucks 1-4. Wilkins zdobywał 27.2 punktów na mecz.

Następny rok nie był udany jeśli chodzi o drużynę – Hawks zanotowali bilans 41-41 i nie zdołali nawet awansować do playoffs. Wilkins notował średnio 26.7 punktów na mecz, co uczyniło go piątą strzelbą NBA. W końcu był najlepszy w zespole Jastrzębi jeśli chodzi o przechwyty (126), a jego skuteczność z gry była najlepsza od czasu debiutanckiego sezonu. Szósty sezon z rzędu Wilkins nie zszedł z parkietu za faule.

W sezonie 1990/91 Wilkins po raz pierwszy od dziewięciu lat w Hawks liderował jeśli chodzi o zbiórki – średnio 9 na mecz. Oczywiście był też najlepszy w punktach notując 25.9 co spotkanie – siódmy wynik w lidze. Jednak w tamtym sezonie Wilkins rozdał aż 265 asyst (średnia 3), najwięcej w karierze, a także więcej zaczął rzucać zza łuku – 85 trafionych przy 34% skuteczności. Szósty raz zagrał w Meczu Gwiazd, zdobywając 12 punktów, a Wschód pokonał Zachód 116-114.Trzeci raz w karierze znalazł się w All-NBA Third Team. Hawks po roku nieobecności powrócili do rundy posezonowej, ale już na początku musieli zmierzyć się z obrońcami tytułu, Bad Boys z Detroit. Pistons wygrali w pięciu meczach, a Wilkins o tej serii chciałby jak najszybciej zapomnieć – 20.8 punktów na mecz przy marnej 37% skuteczności z gry i tylko 13% za trzy.

Wielu zadawało pytania czy po takiej serii Wilkins nie załamie się, jednak w kolejnym sezonie znów wykręcał świetne statystyki. Do czasu… 28 stycznia 1992 roku po ponad połowie spotkań w domowym meczy przeciwko 76ers w drugiej kwarcie Wilkins odniósł jedną z najgorszych i najbardziej bolących kontuzji w sporcie – zerwanie ścięgna achillesa. 30 stycznia przeszedł operację i wielu zadawało pytanie czy Wilkins w ogóle wróci do uprawiania sportu, czy to wydarzenie nie zakończyło jego kariery. Nique nie poddał się i siedem tygodni po odniesieniu kontuzji wrócił i od razu ustanowił rekord NBA – w meczu z Chicago trafił 23 rzuty wolne, nie pudłując żadnego. Zdobył także 20,000 punkt stając się wtedy 16 zawodnikiem w historii NBA, który przekroczył tą barierę. W dniu kontuzji został wybrany do All-Star Game jako rezerwowy. Jego średnia punktowa była najlepsza od pięciu lat (28.1), a 52 punkty jakie rzucił po dwóch dogrywkach w meczu z New York Knicks były najlepszym wynikiem w sezonie.

Myślano, że po kontuzji jakiej doznał, Wilkins zdecyduje odwiesić buty na kołek. Za swój powrót został nagrodzony NBA Comeback Player of th Year. Już w pierwszym miesiącu nowego sezonu pokazał, że po kontuzji nie ma śladu zdobywając 27.7 punktów na mecz. 15 grudnia doznał kontuzji palca i pauzował przez 11 meczy, jednak gdy powrócił, w styczniu notował 29.4 punktów na mecz przy ponad 48% skuteczności, by w lutym notować świetne 31.5 przy prawie 52 procentach. Ostatecznie jego średnia punktów na koniec sezonu wyniosła 29.9, co dało mu drugie miejsce za Jordanem (32.6). 2 lutego Wilkins zdobywając 31 „oczek” pokonał Boba Pettita w ilości zdobytych punktów w historii Hawks – wtedy miał już ich na koncie 20,881. Świetnie rzucał w tamtym sezonie za trzy, trafiając 120 rzutów na 316 prób. Został wybrany do All-NBA Second Team.

Kolejny sezon przyniósł zmiany – po 11 latach w Atlancie został wytransferowany do Los Angeles Clippers za Danny’ego Manninga. Wszystko stało się podczas sezonu – Wilkins notował średnio 24.2 punkty, 6.2 zbiórki i 2.3 asysty, a Hawks mieli bilans 36-16. Jeszcze w barwach Hawks wystąpił w swoim dziewiątym All-Star Game. Nowy trener Atlanty, Lenny Wilkens uznał, że Manning bardziej przyda się zespołowi. Wilkins w koszulce Jastrzębi zdobył 23,292 punktów. Do Atlanty wrócił 25 marca… ale jako gracz Clippers. Swojej byłej drużynie rzucił 36 punktów i zebrał 10 piłek. W barwach drużyny z Los Angeles dokończył sezon ze średnimi 29.1 punktów i 7 zbiórek, co ostatecznie dało średnią 26 punktów na mecz w przekroju całego sezonu (czwarty wynik w lidze), a ogółem 24,019 punkty, co przeniosło go na dziewiąte miejsce na liście wszech czasów. Po sezonie stał się wolnym agentem i zdecydował podpisać umowę z Boston Celtics. Krótko po podpisaniu pomógł reprezentacji USA (Dream Team II) zdobyć złoty medal na Mistrzostwach Świata.

Niezadowolony ze swojej roli w Bostonie postanowił spróbować sił za granicą i wyjechał do rodzimej Europy. Tam podpisał kontrakt z greckim Panathinaikosem. Poprowadził go do sukcesu w Eurolidze samemu zdobywając Euroleague Final Four MVP (średnio 20.9 punktów i 7 zbiórek), która rozgrywana była w… Paryżu. W Grecji udało mu się zdobyć także Puchar Grecji i kolejną statuetkę MVP. Powrócił do NBA na sezon 1996/97 podpisując umowę z San Antonio Spurs. Zgodził się być Sixth Manem, jednak mimo to liderował jeśli chodzi o punkty, notując średnio 18.2 na mecz. Po jednym sezonie Wilkins raz jeszcze udał się do Europy i związał się z Teamsystem Bologna we Włoszech. Wrócił po jednym roku by zagrać ostatni sezon w karierze. Dołączył do swojego brata Geralda Wilkinsa grającego w Orlando Magic. Rozegrał tylko 27 spotkań notując 5 punktów i 2.6 zbiórek na mecz.

Od 2004 roku pełni funkcję Wiceprezydenta Atlanty Hawks. Wilkins to jeden z najbardziej niedocenianych graczy w historii NBA. Oprócz ostatnich trzech sezonów w NBA nigdy nie zszedł poniżej 20 punktów na mecz. Ostatecznie zakończył dziurawienie kosza na 26,668 punktach, zbierając także 7,169 zbiórek. Nadal zajmuje dziewiąte miejsce na liście wszech czasów i jest jednym z tylko 14 graczy, którzy w swojej karierze zdobyli więcej niż 25,000 „oczek”. Jeden z największych dunkerów w historii, nie bez przypadku nadano mu nickname „The Human Highlight Film” – ze jego niesamowity atletyzm i dunki przypominające akrobatyczne wyczyny. Jego najpopularniejszy wsad to niezwykle silny jedno- bądź też dwuręczny windmill. 13 stycznia 2001 dwudziestka jedynka z jaką grał w Jastrzębiach została zastrzeżona, a Wilkins stał się dopiero czwartym graczem w historii klubu z Atlanty, któremu udzielono takiego zaszczytu. W 2006 roku Dominique Wilkins został wprowadzony do Naismith Memorial Basketball Hall of Fame.


NBA

Kategoria: Artykuły

Wielkie lata 70-te

sty22
2012
2 komentarzy Dawid Księżarczyk

Rzadko kiedy widuje się tak dantejskie sceny, jak te po zakończonym piątym meczu finałów w 1976 roku między Bostonem a Phoenix. Setki kibiców wstało ze swoich miejsc i niczym gigantyczna ludzka fala w mgnieniu oka zalało cały parkiet. Siedzącym w pobliżu parkietu komentatorom przydzielono błyskawicznie ochronę, a cała drużyna Słońc drżała o swoje życie. Zaryzykuję stwierdzenie, że w historii finałów NBA, żaden inny mecz nie zakończył się tak gargantuicznym wybuchem emocji jak ten ostatni mecz finałów w 1976.

Zespół Phoenix dostał się do finałów NBA wbrew wszelkiej logice. Po drodze pokonali Seatlle Supersonics oraz obrońców tytułu Golden State. W sezonie zasadniczym nie potrafili znaleźć swojego rytmu i zakończyli go ze skromnym bilansem 42-40 (najgorzej im szło w okresie zimowym, kiedy to przegrali 18 z 24 meczów). Udało im się jednak szczytować z formą w najważniejszym momencie i tak w wielkim finale stanęli w szranki z faworyzowanymi Celtami, prowadzonymi przez Dave’a Cowensa, Jo Jo White’a i Johna Havlicka. Debiutujący w NBA center Phoenix Alvan Adams chyba jako jedyny gracz Słońc nie miał na celu zdobycia mistrzostwa. Marzył jedynie o tym, aby Dave Cowens nie wygrał wszystkiego.

Mimo, że Celtowie gładko wygrali wszystkie cztery spotkania w sezonie zasadniczym, gracze Phoenix mieli przewagę w dwóch aspektach – młodości i zdrowiu. Średnia wieku Słońc – 26. Średnia wieku Celtów – 31, a do tego ich kapitan John Havlicek grał po kontuzji, przez co praktycznie nie skakał i ledwo biegał.

Bostończycy dostali się do finałów bez większych kłopotów. Dwie drużyny, z którymi grało im się najgorzej (Waszyngton i Golden State) odpadły, zanim miały możliwość napsucia zielonej krwi Celtów. Zamiast tego Zieloni wygrali gładko w sześciu meczach pojedynki z Buffalo Braves i Cleveland.

Dwa pierwsze mecze wielkiego finału nie przyniosły wielu emocji. Pomimo fizycznych ograniczeń Havlicka, Celtowie pokazali swoją ulubioną twardą koszykówkę wygrywając dwa pierwsze spotkania, kolejno 98-87 oraz 105-90, po czym od razu pojawiły się pierwsze, nieśmiałe komentarze o szybkim sweepie. Jak tylko rywalizacja przeniosła się na zachód, mieliśmy miejsce z pierwszą niespodzianką. Ponieważ wg stacji CBS zdecydowana większość widzów znajdowała się na wschodnim wybrzeżu, niedzielne spotkanie zostało rozegrane z samego rana (przez co zarząd Suns musiał wydać oficjalne przeproszenie tych, którzy chcąc obejrzeć mecz musieli opuścić mszę). W Memorial Coliseum, mimo wczesnej pory pojawiło się ponad 13 tysięcy fanów, którzy ekscytowali się szybkim prowadzeniem Słońc (przez pierwsze pięć minut Bostończycy nie zdobyli punktu i po chwili przegrywali już 23 punktami). Kiedy jednak Ricki Sobers (Suns) oraz Kevin Stacom (Celtics) wdali się w bokserski pojedynek, Celtowie poczuli się jak świnie w korycie i zmniejszyli przewagę do dwóch punktów. Słońca dowiozły (a raczej wywalczyły i okupiły przelaną krwią) zwycięstwo 105-98 udowadniając niedowiarkom, że są w stanie nawiązać walkę z faworyzowanym przeciwnikiem.

Latające pięści, kopnięcia przy wejściach pod kosz i twarda, nieprzepisowa gra w poprzednich trzech meczach dała sędziom do zrozumienia, że muszą przejąć kontrolę nad serią. Przez co już w pierwszych 10 minutach kolejnego meczu odgwizdali 21 fauli. Ten naszpikowany gwizdkami, przerywany i brzydki mecz zakończył się drugim zwycięstwem Słońc, tym razem 109-107.

Rozgrywki sprowadzili się zatem do tego jednego meczu w Bostonie. Red Auerbach był potwornie niezadowolony ze stronniczości sędziów oraz komentatorów CBS, co miało na celu tylko i wyłącznie spowodowanie lekkiego zamieszania przed decydującym spotkaniem i zezwolenie na trochę „fizycznej wolności” (czyt. wbijania łokci i typowego dla Celtów kopania po jajach). A CBS miał wtedy praktycznie władzę absolutną nad NBA. Ponieważ to od ich ratingów zależało, kiedy mają największą oglądalność, to oni decydowali, w jakich godzinach odbędzie się spotkanie. Dlatego mecz piąty odbył się w piątkowy wieczór, tak aby wszyscy kibice z zachodu mieli czas na powrót z pracy do domu i spokojne obejrzenie meczu w telewizji. Gazety również włączyły się w budowanie nastroju przed spotkaniem. New York Times pisał o prawdziwej wojnie oraz o niesamowitej energii, jaka przepełniała Boston Garden. Trener Słońc John MacLeod tak wspominał tamto spotkanie: „Pamiętam pierwszy moment wejścia na parkiet o 9 wieczorem w tamten piątkowy wieczór. Na hali nie było klimatyzacji, było potwornie gorąco, a do tego wszędzie cuchnęło alkoholem, bo kibice Celtów zamiast wrócić po pracy do domów, poszli prosto do pubów, narąbali się, a potem od razu na mecz.”

Stolik komentatorów CBS ustawiony był przy samej linii końcowej. Za mikrofonem siedzieli Brent Musburger oraz Rick Barry, który chwalił się swoimi nowymi włosami oraz klatą, która wylewała się zza całkowicie rozpiętej koszuli. Do klaty przyklejony był wielki krzyż z figurą Jezusa, tak jakby syn Boga miał pomóc mu opędzić się od bostońskich sługusów szatana. Barry w ogóle był świetny, bo odkąd zakończył karierę w Golden State i zaczął pracować jako komentator, nigdy nie odgraniczał swojej zazdrości do Johna Havlicka oraz nienawiści do Celtów od swojej pracy. Jego komentarze często przeciekały nienawiścią do Bostonu tak, jak sos czosnkowy potrafi przeciekać przez palce jak nadgryzie się za dużo knyszy z dworcowej budki (tak, jestem głodny, to raz. Dwa, cholernie tęsknię za tymi knyszami z dworca głównego we Wrocławiu. Nie tymi z korytarza gdzie sprzedawali podrobione perfumy i ruskie lornetki za 3zł, ale z tymi po lewej stronie od głównego wejścia idąc w stronę tablicy informacyjnej. Zaraz za słodyczami i przed kioskiem ruchu. Panie dawały tam najlepszą kombinację ogórka, sałaty, kukurydzy, pomidorów i czerwonej cebuli, do tego zawsze dawały więcej niż 150g gyrosu i co chwila idealnie posypywały smażonymi skwarkami. Tylko koniecznie trzeba było brać bez sosu, bo potem nie dało się nigdzie iść bez usmarowanego białym płynem ryja. Ciekawa historia, to była jedyna knysza oprócz tych sprzedawanych koło Kredki i Ołówka, które starczały na ponad 5 minut w miarę szybkiego jedzenia wielkimi kęsami. Sorry za dygresję, ale naprawdę włożyłbym teraz do ust coś tureckiego pochodzenia ;).

Jak tylko kamera przedstawiła parę komentatorów, skupiła się na środku parkietu, gdzie czekał już, zwarty i gotowy rudowłosy center Celtów. Energia, która elektryzowała całą halą udzielała się wszystkim Bostończykom. Dave Cowens wyskoczył do rzutu sędziowskiego i zbił piłkę do Jo Jo White’a. Jeden z najlepszych meczów w historii Bostońskich Celtów właśnie się rozpoczął. Delektujcie się!

DOWNLOAD

 
Follow @Torontos


NBA

Kategoria: różne, Torrenty - Tagi: boston celtics, NBA

Auerbach uczy: „Czytajcie zasady!”

sty03
2012
2 komentarzy Dawid Księżarczyk

Dzień Św. Patryka w roku 1950 nie był wesołym świętem dla drużyny Boston Celtics. Na ostatni mecz sezonu zasadniczego z nowojorskimi Knicks przyszło jedynie około 700 fanów. Celtowie oczywiście przegrali, zakończyli sezon z bilansem 22-46 i drugi rok z rzędu wylądowali poza playoffami. Na domiar złego ich najpopularniejszym zawodnikiem był Tony Lavelli, nie dlatego, że grał dobrze w kosza, ale dlatego, że w przerwach meczów dostarczał kibicom rozrywki grając na akordeonie.

Celtowie przegrali 11 z ostatnich 12 meczów w sezonie, a właściciel drużyny Walter Brown tylko kręcił głowią z niedowierzaniem patrząc na pustą halę. Po ostatnim gwizdku w sezonie Alvin Doogie Julian oficjalnie zrezygnował ze stanowiska głównego trenera mówiąc: „Jestem za miękki na profesjonalną koszykówkę.” Celtowie byli na skraju bankructwa i desperacko potrzebowali nowego szkoleniowca. Wybór padł na 32 letniego Arnolda Auerbacha, który wcześniej był trenerem Washington Capitols i Tri-Cities Blackhawks. Jego przezwisko „Red” wzięło się z tego, iż we wczesnym dzieciństwie jego włosy miały rudawy kolor. Auerbach był z jednej strony marudnym i strasznie skomplikowanym człowiekiem, a z drugiej doskonałym przywódcą i mentorem dla ludzi. Kiedy tylko otrzymał zapewnienie finansowe ze strony właściciela Celtów, a także całkowitą swobodę przy wybieraniu zawodników, Red obrał kurs na doskonałość.

Jako trener i GM drużyny, Red wykazywał się niesamowitym instynktem w wyszukiwaniu utalentowanych graczy. Nie miał żadnych uprzedzeń. Budował drużynę w tylko jednym celu – aby wygrywać. Było to doskonale widoczne wiosną 1950 roku w trakcie pierwszego draftu, kiedy polecił właścicielowi Walterowi Brownowi wybranie Chucka Coopera z uniwersytetu Duquesne. Problem był taki, ze Cooper był murzynem, a żaden murzyn nie został wcześniej wybrany w drafcie NBA. Dwa lata później Red wybrał w drafcie Gene’a Conley’a, który na co dzień był pitcherem w lidze MLB, a następnie wykorzystał swój dar do przekonywania ludzi i namówił go do uprawiania dwóch sportów.

Poza wyżej wymienionymi umiejętnościami, Auerbach znał na pamięć wszystkie zasady i reguły panujące w NBA. W 1953 roku znalazł dziurę w zasadach draftu, która umożliwiła mu wzięcie trzech zawodników z najlepszego uniwersytetu w kraju (wtedy Kentucky Wildcats). Tymi zawodnikami byli: Frank Ramsey (w pierwszej rundzie). Cliff Hagan (trzecia runda) i Lou Tsioropoulos (piąta runda). Wszyscy trzej zawodnicy wrócili jednak na uniwersytet, aby zagrać ostatni rok na uczelni, a Red powtórzył tą samą sztuczkę w drafcie 1978 roku. W czasie trwania draftu, kiedy Celtowie wybierali kolejnych zawodników Wildcats, Ned Irish (właściciel NYK) krzyczał do Reda: „Nie możesz tak robić!”, na co Arnold z wielką satysfakcją oparł się na krześle i odpowiedział: „Przeczytaj reguły.” Kiedy Irish skończył zaznajamianie się z regułami draftu, pokręcił głowią i wykrzyknął: „Można tak robić!”

W czasie pierwszej połowy lat 1950, Celtom udało się osiągnąć umiarkowany sukces, głównie dzięki zawodnikowi, którego Auerbach nigdy nie chciał – Bobowi Cousy’emu. Kiedy w drafcie 1950 roku Boston wybierał w pierwszej rundzie, zamiast gwiazdy Holy Cross zdecydowali się na Chucka Share’a z Bowling Green. Red obawiał się tego, że fani będą za bardzo domagali się wystawiania lokalnej gwiazdy w pierwszym składzie. Cousy jednak trafił do drużyny po tym, jak Chicago Stags wycofali się z rozgrywek jeszcze przed ich rozpoczęciem, a Bostończycy wybrali go w dodatkowym mini-drafcie.

Celtowie awansowali do playoffów przez sześć sezonów z rzędu, jednak wciąż brakowało im ostatniego kawałka układanki, który pozwoliłby im zdobyć wszystko. Największą wadą drużyny była słaba obrona, która była głównym powodem do odważnej i ryzykownej wymiany. Wszystko zaczęło się przed draftem 1956. Celtowie oddali swoją gwiazdę Eda Macauley’a oraz prawa do Cliffa Hagana do St. Louis Hawks w zamian za … numer trzeci w drafcie. Jak wiemy, ten pick posłużył Redowi do wybrania Billa Russella z uniwersytetu San Francisco. W tym samym drafcie Auerbach wybrał dwóch kolejnych zawodników, którzy za kilka lat będą mogli pochwalić się wyśmienitymi wynikami. W drugiej rundzie, również z UFC, do drużyny trafił K.C. Jones, a następnie, z lokalnego Holy Cross, do zespołu dołączył Tom Heinsohn (o którym też będzie dodatkowy materiał, ale dopiero za jakiś czas). W końcu Arnold miał wymarzony przez siebie skład.

Jak doskonale wiemy, Celtowie zdobyli 9 mistrzostw w kolejnych 10 latach. W trakcie swojej przygody z Celtami, Auerbach zdążył przyzwyczaić wszystkich do tego, że potrafił doprowadzać do szewskiej pasji sędziów, przeciwników, komisarza ligi, fanów Celtów, a nawet swoich zawodników. W całej swojej trenerskiej karierze został finansowo ukarany przez ligę częściej, niż jakikolwiek inny zawodnik. Nie ma się co dziwić, skoro raz uderzył pięścią Bena Kernera, właściciela St. Louis Hawks, w trakcie dyskusji na temat wysokości jednego z koszy. Innym razem dostał reprymendę od właściciela Celtics, któremu z kolei poskarżyli się kibice mający dosyć słuchania przekleństw trenera na ławce. Vince Boryla, zawodnik NYK powiedział kiedyś o Auerbachu: „Nikt nie musi mnie specjalnie motywować do gry przeciwko Celtom. Wystarczy, że spojrzę na tego skurwiela.”

Latem 1965 Red ogłosił zakończenie kariery wraz z końcem sezonu, ale wcześniej chciał jeszcze raz dać możliwość wszystkim swoim „fanom” aby się na nim zemścili. Jak zapowiedział, tak zrobił i od pierwszego gwizdka biegał wokół linii, przeklinał, wyzywał, zdecydowanie za bardzo gestykulował i, co najważniejsze, dalej wygrywał. Jego ostatnim meczem na ławce Celtów było siódme finałowe spotkanie z Los Angeles Lakers. Wchodzimy do meczu 30 sekund przed jego końcem, kiedy wynik na tablicy przedstawiał 95-85 na korzyść Bostończyków. Do Reda powoli zaczynali podchodzić ludzie z zapalniczkami do odpalenia zwycięskiego cygara. Ekstaza na trybunach dodała trenerowi dodatkowej pewności. Zapalił cygaro i zaciągnął się z satysfakcją czekając na końcowy gwizdek. W między czasie, Lakersi po raz ostatni zebrali się w sobie i ruszyli w szaleńczy pościg. Na 4 sekundy przed końcem, Celtowie prowadzili już tylko 2 punktami. Wszyscy zebrani w hali, zawodnicy i kibice, a także fani oglądający spotkanie przed telewizorami nie mogli pozbyć się wrażenia, że Red za chwilę zje ze złości wciąż palące się cygaro. Cygaro, którym przez lata torturował wszystkich swoich przeciwników (mimo, że zawsze oficjalnie mówił, że pali cygara ponieważ kochał ich smak, wszyscy i tak wiedzieli, jaka była prawda [myślnikowa incepcja - po tym jak Auerbach zakończył karierę, NBA wycofało możliwość palenia czegokolwiek na ławce trenerskiej - niekoniecznie ze względów zdrowotnych. Podobno.]) Na szczęście dla wszystkich kibiców bostońskiej drużyny, Lakersi przegrali 93-95 i kolejne mistrzostwo powędrowało do Celtów. Red został zniesiony na rękach przez setkę fanów, którzy w euforii wbiegli na parkiet. W szatni, rozebrany jedynie do podkoszulka Auerbach został wrzucony pod prysznic – co było tradycją w drużynie. Do końca dnia zostało wypalone niejedno cygaro…

Auerbach, już na emeryturze, został poproszony o prowadzenie drużyny wschodu podczas meczu gwiazd w 1967 roku, ale już w pierwszej połowie został wyrzucony przez sędziów (co było jedynym przypadkiem usunięcie trenera podczas meczu gwiazd w historii). Siedem lat później, w zastępstwie chorego trenera Celtów Tommy’ego Heinsohna, zgodził się ponownie poprowadzić drużynę w jednym meczu. Podczas tego meczu wdał się w następującą wymianę zdań z sędzią Richim Powersem:

Red:” Richie, ten gwizdek był gorszy od kurzego gówna!”

Powers: „Przewinienie techniczne dla Auerbacha!”

Red: „A wiesz, że dalej masz królicze uszy?”

Powers: „Masz całkowitą rację [ drugi techiczny] Wynoś się stąd.”

Red: „Za co to? Przecież ani razu nie przeklnąłem!”

Powers: „A kurze gówno?”

Red: „To nie jest przekleństwo.”

Auerbach, w swoim pociągu do zwycięstw nie oszczędzał nikogo – przeciwników, własnych zawodników, pracowników klubu czy kibiców. Raz za jego sprawą zwolniono wieloletnego zegarowego Tony’ego Nota, którego wolna ręka przyczyniła się do straty punktów przez Celtów. Trener był tak rozwścieczony, że podbiegł do stolika sędziowskiego, uderzył go z całej siły w twarz i zwolnił przy pełnej hali kibiców (Nota odzyskał pracę szybko, bo już następnego dnia). Tego typu porywcze zachowanie był znienawidzone nawet przez jego własnych zawodników. Jim Loscutoff, były zawodnik Celtów, zapytany o podejście do swojego dawnego trenera odpowiedział: „Nie mogłem się doczekać momentu, aż przestanę grać w koszykówkę i będę mógł mu w końcu przypieprzyć.” To się jednak nigdy nie stało. Zamiast tego, Loscutoff zaczął wierzyć w swojego genialnego trenera. Ponieważ, gdyby nie porywczość Reda, wielu zawodników pokroju Loscutoffa mogłoby nigdy nie być częścią najbardziej utytułowanego klubu w historii NBA.

Po zakończeniu kariery trenerskiej, Red przyjął posadę GMa klubu. Siedział za masywnym biurkiem, na którym stały otwarte opakowania po chińszczyźnie, w ręku miał zawsze cygaro. Jego praca polegała na tym, żeby rozmawiać z innymi managerami klubów, którzy byli naiwni na tyle, że mieli nadzieję na wynegocjowanie lepszych warunków niż on proponował. Kiedyś, w momencie lekkiej zadumy, Red powiedział o sobie: „W sumie to wydaje mi się, że dobrze się spisałem – nawet jak na kolesia, który nigdy nie trafił do kosza.”


Follow @daveknot


NBA

Kategoria: Celtics

„Czy jesteś zbawicielem?”

gru09
2011
4 komentarzy Dawid Księżarczyk

5 kwietnia 1976 prawnik Ted Landsmark był w drodze na spotkanie w ratuszu, w czasie którego miał omówić prawo do pracy czarnoskórej mniejszości na budowach. Sam był murzynem, co dodatkowo motywowało go do poprawienia fatalnej sytuacji w Bostonie, w szczególności w szkołach publicznych. Ted jak zwykle podróżował pomarańczową linią metra i wysiadł dopiero w samym centrum, na stacji State Street.  Gorące promienie słońca połączone się z delikatną bryzą witały każdego z podróżnych, którzy wychodzili z podziemia. Pogoda była wystarczającą ciepła żeby nie brać kurtki, ale na tyle zimna, że większość żałowała, że jej nie wzięła.

State Street była finansowym centrum Bostonu, wszędzie widać było spieszących się panów w garniturach z Wall Street Journalem pod pachą. Inni mieli ze sobą torby zakupowe i szybkim krokiem kierowali się południe na Washington Street, żeby zdążyć na przeceny w Filene Basement albo żeby po prostu pooglądać wystawy wielu sklepów jubilerskich, które zdobiły całą długość ulicy. Tego poniedziałkowego ranka Landsmark należał do  tego pierwszego grona. Ubrany w trzyczęściowy, niebieski garnitur i elegancki krawat zawiązany w stylu Windsor, mocno zamyślony i ze spuszczoną nieco głową pędził na zbliżające się spotkanie.

                Wcześniej tego samego dnia setki białych studentów spotkało się z urzędnikami w ratuszu aby wyrazić swój sprzeciw w sprawie dopuszczenia murzynów do korzystania z „białych autobusów”. Po zakończeniu rozmów, wszyscy wyszli na ulicę i udali się w kierunku metra. Nie minęło kilka chwil, a niczego nie spodziewający Ted Landsmark stanął naprzeciwko niezorganizowanego tłumu. Sam widok Teda rozpalił w studentach ogień, którego nie dało się opanować.

                „Tam jest czarnuch!!” albo „Brać asfalta!!” to tylko niektóre z epitetów, które nagle zaczęły wypełniać i tak zatłoczoną ulicę w centrum miasta. Nagle, niewielka część studentów odłączyła się od grupy i udała w kierunku samotnie idącego prawnika. Zaciśnięta biała pięść wbiła się z ogromną siłą w zaskoczoną twarz Landsmarka. Drugie uderzenie złamało mu nos i zrzuciło okulary z nosa. Napastnicy nie przestawali, a kiedy Tom osunął się na chodnik, studenci zaczęli go kopać po całym ciele. Leżąc na brzuchu z krwawiącą twarzą przytuloną do zimnego chodnika, Landsmark znalazł się nagle w innym świecie. Obrazy zaczęły się przesuwać przed oczami klatka po klatce, tworząc pozrywane fragmenty rzeczywistości wypełnione niewyobrażalnym bólem i cierpieniem. Nie wiedział, jak długo leżał na ziemi. Kiedy w końcu się podniósł i założył z powrotem okulary, był prawie nieprzytomny. Nie wiedział, co się wokół niego dzieje i nie był świadomy obecności samotnego protestanta, który stał praktycznie naprzeciw niego. Napastnik opierał na ramieniu metalowy słup, do którego była doczepiona amerykańska flaga. Ta sama, za którą oddało życie prawie 7000 obywateli na Wyspie Siarki. Ta sama, która wytrzymała bombardowanie Fortu McHenry i zainspirowała Scotta Key’a do napisania słynnego fragmentu hymnu: „O’er the land of the free and the home of the brave” (ponad krajem wolnych, ojczyzną dzielnych ludzi). Tego dnia, ponad 100 lat po zakończeniu wojny domowej, gwieździsty sztandar nie był inspiracją do patriotycznych czynów. Zamiast tego, pasy i gwiazdy  służyły do przenoszenia przemocy.

                Trzeba zdać sobie sprawę z tego, że przed Tedem Landsmarkiem nie stał tylko jeden zdenerwowany dorosły człowiek, który działał pod wpływem impulsu. Kiedy wielki maszt uderzył w Teda, można było usłyszeć echa desperackich, sfrustrowanych i nietolerancyjnych głosów, które nie mogły znaleźć żadnego ujścia przez wiele lat. Był to moment, który na zawsze wpisał się w historię Bostonu jako jeden z najbardziej haniebnych. Oto Boston, miasto, które dwieście lat temu było symbolem wolności i swobód obywatelskich, teraz stało się miejscem, w którym największy państwowy symbol został użyty jako narzędzie służące do niesienia nienawiści.    Atak co prawda trwał kilkanaście sekund, ale jego skutki będą odczuwalne przez lata. Landsmark spojrzał na swój garnitur, zobaczył plamę i zdał sobie sprawę z tego, że krwawił.

                Jak to zwykle w USA była, świadkiem tego wydarzenia był fotograf pracujący dla Boston Herald – Stanley Forman. Jedni mają dar jak Inzaghi czy van Nistelrooy, żeby zawsze znaleźć się w odpowiednim miejscu pod bramką i dostawić nogę, drudzy łapią alley-oopy na wysokości trzeciego piętra, a jeszcze inni potrafią się znaleźć w odpowiednim miejscu o odpowiedniej porze i w dodatku mieć aparat w pełnej gotowości do działania. Nie muszę dodawać, że następnego dnia,  zdjęcie które widzicie powyżej można było oglądać na pierwszych stronach prawie wszystkich gazet w Stanach Zjednoczonych, a Boston nie mógł już ukrywać swoich mrocznych sekretów przed resztą świata.

* * *

             Mężczyzna popatrzył z góry na swoich słuchaczy i powoli zbierał myśli. Minęły już dwa lata odkąd po raz pierwszy zaczął budować swój wizerunek w mieście. Kiedy po raz pierwszy się tu pojawił i usiadł przy mikrofonach, słyszał tylko pytania o to, czy jest zbawicielem. Problem w tym, że nigdy się za niego nie uważał. Był po prostu zwykłym, prostym człowiekiem z niezwykłym darem przemawiania zarówno do królów jak i do prostych ludzi. Ciężka praca doprowadziła go to tego kulminacyjnego momentu. Po części zadowolony ze swojej pozycji, a z drugiej strony dalej skromny, był gotowy przemówić do swojego ludu. Zgromadzeni dziennikarze zaczęli się wzajemnie uciszać. Kiedy Zbawiciel upewnił się, że cała uwaga jest skupiona wyłącznie na nim, oznajmił: „Patrzę na was i do głowy przychodzi mi tylko jedno zdanie na określenie naszego całego sezonu: Moses to dupek!” Po tych słowach Larry Bird na zawsze zdobył dozgonną sympatię bostończyków. Przemówił do ludzi ich codziennym, prostym językiem. Oczywiście, media krzywo patrzyły na takie wulgaryzmy na antenie, a edytorzy robili wszystko, żeby zmienić jego wypowiedź w gazetach, ale na szczęście nie byli oni w większości. Przez ostatnią dekadę kilka osób mówiło całemu społeczeństwu jak się zachowywać, gdzie chodzić i co mówić. Rany, które miały się leczyć, były systematycznie rozdrapywane. Przez stulecia, Boston był uważany za miasto tolerancji i wolności, ale z biegiem czasu wypadało z torów. Ludzie mieszkający poza granicami miasta oglądali wiadomości i z niedowierzaniem kręcili głowami nie mogąc uwierzyć, że miasto jest tak blisko katastrofy.

Na szczęście jednak Boston jest miastem, którego kręgosłup stanowią wolność i równość.

Boston zawsze był elastyczny.

Boston zawsze znalazł sposób, aby wznieść się na wyżyny.

Dziesiątki tysięcy kibiców zebrało się w jednym miejscu, żeby tego pięknego majowego popołudnia 1981 roku świętować z jedną drużyną – Boston Celtics. Zbieranina 12 mężczyzn uformowało bezbarwną jedność, która miała jeden cel. Sześciu białych i sześciu czarnych zawodników stanowiło zespół, którego zadaniem było chronić honoru parkietu w Boston Garden i który miał za zadanie przywrócenie dawno już wygasłej świetności miasta. Mistrzostwo NBA zdobyte w tym roku przez Celtów było czymś zdecydowanie większym, niż sportowym osiągnięciem czy możliwością do powieszenia kolejnej flagi pod sufitem. 14 tytuł mistrzowski Celtów służył też jako metafora wytrwałości dla wszystkich bostończyków. Przywrócił mieszkańcom poczucie dumy z tego kim są, gdzie pracują i mieszkają oraz z tego, gdzie wychowują swoje dzieci.

                Blisko półtora miliona ludzi zebrało się na placu City Hall Plaza żeby celebrować zwycięstwo Celtów. Wszędzie widać było uniesione palce w geście zwycięstwa i słuchać było gromkie „Larry! Larry! Larry!” Z dalekiej odległości, dochodziły stłumione dźwięki dzwonów kościoła Arlington Street Church, bijącego na cześć zwycięzców.

—

                Historia, od której zaczyna się ten tekst jest na dobrą sprawę tylko wierzchołkiem wielkiej, rasistowskiej góry lodowej, która przez długi i ciemny okres zatapiała każdy czarny statek, który odważył się wpłynąć  na jej terytorium. O tym, jak źle traktowano murzynów opowiada też obszernie Bill Russell i którego historię chciałbym bliżej przedstawić przy następnej okazji. Przyznam się, że nie zdawałem sobie sprawy z tego, jak inaczej patrzy się na rywalizację w NBA, kiedy zagłębi się nieco w historię nie tylko drużyn, ale i miast, w których grają. Jak bardzo przynależność terytorialna ma wpływ na kształtowanie się całego społeczeństwa i jak cholernie istotne jest, aby zawodnicy byli emocjonalnie związani z miastem. O rasizmie można pisać sporo, bo jest to wciąż temat jak najbardziej aktualny, mimo, że w zdecydowanie mniejszym stopniu. Zależy mi jednak na tym, aby ci, którzy nie mieli okazji nigdy spotkać się z realiami panującymi w koszykarskim środowisku 30-50 lat temu, mogli  nieco bliżej zapoznać się z warunkami, w jakich przyszło się rodzić i dojrzewać naszej ukochanej dyscyplinie sportu.

Follow @daveknot


NBA

Tagi: bill russell, boston celtics, larry bird

„Rebound!” – pierwsze czytanie

gru07
2011
2 komentarzy Dawid Księżarczyk

Ponieważ dotarła kolejna mikołajowa przesyłka z Amazona (razem z kilkoma minutami wolnego czasu w środku tygodnia – niewiarygodne!), zrobię z tego pożytek i coś Wam powiem. Słuchajcie tego.

W pierwszej rundzie playoffów 1974 Celtowie trafili na Buffalo Braves (znanych od 1984 jako San Diego Clippers, a od 1984 jako Los Angeles Clippers) i po wygraniu piątego meczu serii 100-97 wysunęli się na prowadzenie 3-2.  Szósty mecz rozgrywany w Buffalo dostarczył więcej emocji niż się można było spodziewać.

Gdy zegar pokazywał równo 0:00 sekund do końca, a na tablicy widniał wynik 104-104,  na linii rzutów wolnych stał Jo Jo White, który po głupim faulu Boba McAdoo miał wbić gwóźdź w trumnę zawodników Braves (a McAdoo rzucił w tym meczu 40 punktów i gdyby nie – powtórzę to – głupie przewinienie, zapewne zostałby bohaterem spotkania). Zgodnie z zasadami, wszyscy zawodnicy stanęli z dala od kosza, zostawiając White’a sam na sam z jego buszującymi myślami i spoconymi rękami, czule głaszczącymi okrągły przedmiot pożądania niejednego mężczyzny. Wokół słychać było przeraźliwe buczenie, parkiet aż podskakiwał od ponad 36000 stóp tupiących z całych sił. Koło Jo Jo lądowały butelki, kubki i inne pamiątki, które życzliwi kibice rzucali na parkiet (opis na podstawie książki, dramaturgia dodana przeze mnie. Obejrzyjcie filmik, a potem przeczytajcie jeszcze raz relację, która autor wrzucił do swojego dzieła). White trafił oba wolne i Celtowie zwyciężyli spotkanie 106-104 (tu od razu chciałem ponownie podziękować panu Michaelowi Connelly’emu, autorowi książki Rebound! za rzetelny opis meczu i ścisłe trzymanie się faktów. W książce jest napisane, że White chybił pierwszy rzut a mecz zakończył się wynikiem 105-104. Jak było naprawdę – zobaczcie na filmie).

Łatwo się domyśleć, co się działo po meczu. Rozwścieczeni kibice wbiegli na parkiet, a część z nich pobiegła w kierunku dwóch sędziów tego spotkania. Mendy Rudolph i Darrell Garretson znaleźli schronienie w swoich szatniach. Kiedy myśleli, że zagrożenie minęło, a ich oddech będzie mógł się uspokoić, usłyszeli walenie pięścią w drzwi i głośne przekleństwa dobiegające zza ściany (walenie podobno było tak mocne, że widać było pięść przebijającą się przez drzwi). Obaj chcieli zignorować pogróżki i bluzgi, ale agresywny i złowrogi głos się nie poddawał:

„Mendy, dupku, już było po czasie! Genialne sterujesz ligą!” – usłyszał jeden z sędziów i gdy tylko miał okazję odszczeknął z powrotem:

„Wynoś się stąd albo zawołam ochronę”.

„Dzwoń sobie ile chcesz, to moja hala.” – odburknął naburmuszony właściciel drużyny Braves Paul Snyder.

Co było potem? Celtowie łatwo rozprawili się z Nowym Jorkiem 4-1, a w finale wygrali w siedmiu spotkaniach z Milwaukee Bucks (piękne finały, w których Kareem był momentami nawet potrajany, dwa spotkania zakończyły się dogrywkami – w tym jeden podwójną, ten ze słynnym zwycięskim sky hookiem Karrema na 3 sekundy przed końcem. Do tego warto pamiętać, że mecz 7 był ostatnim meczem Oscara Robertsona w karierze, a Bucks od tego czasu ani razu nie zagrali w finałach).

—

Dlaczego o tym napisałem? Żeby zrobić jakieś wprowadzenie do nowej książki, którą co jakiś czas będę Wam przedstawiał. Rebound! po mniej więcej połowie czytania nie jest szczególnym arcydziełem, a koszykarskie ciekawostki przeplatane są z kulturowymi ciekawostkami i zawirowaniami na tle rasowym w całej rasistowskiej historii istnienia Bostonu (o tym później). Mam dobrą wiadomość dla fanów Bostońskiej koszykówki – materiałów jest dużo i zapowiada się, że przed świętami czasu też będzie nieco więcej. Dłuższe fragmenty powinny się zatem pojawić już wkrótce. Wiadomo jednak jak to czasem bywa, kiedy daveknot obiecuje, że coś napisze…;)

Follow @daveknot


NBA

Tagi: boston, celtics, historia
« Older Entries

4kwarta NEWS

  • NBA playoffs Top 5 (21.05)
  • NBA playoffs Top 5 (20.05)
  • NBA playoffs Top 5 (17.05)
  • NBA playoffs Top 5 (16.05)
  • NBA playoffs Top 10 (15.05)
  • Small Market, Big Heart
  • NBA playoffs Top 5 (14.05)
  • Przed drugą rundą – zachód
  • NBA playoffs Top 5 (13.05)
  • NBA playoffs Top 5 (12.05)
  • Przed drugą rundą - wschód
  • NBa playoffs Top 5 (11.05)

Blog

  • NBAcodziennie
  • Archeobasketologia
  • Power Ranking
  • NCAA
  • Podcast
  • TRADE RUMORS
  • Airball spod kosza
  • NCAA od podstaw
  • Skarb Kibica NBA 2011/12
  • Overtime
  • Archiwum

Warto przeczytać

  • Idzie lato czas na zmiany
  • Airball spod kosza: 44 mecze pierwszej rundy
  • Smaczki i krzaczki – pierwsza runda
  • O Drafcie, NCAA i limicie wiekowym
  • Airball spod kosza: Mistrzowie na wakacjach, myślą o przyszłości
  • Przygotowania Olka Czyża do Draftu
  • Rookie Ranking vol.4
  • Nagrody 4kwarty za sezon 2011/12
  • Plusy ujemne i dodatnie minusy: straty
  • O Rajonie ciąg dalszy

W halach NBA (galeria)

Wyniki

Dołącz do nas

Współpraca

Linki

  • about NCAA
  • MVP Magazyn
  • NBA & NCAA na DVD
  • PolskiKosz.pl
  • RotoStrefa. Nasz Punkt Widzenia.
  • Sport24.pl
  • Typy NBA
  • widziane z półdystansu
  • wyniki na żywo

Szukaj

buttony

blog Czwarta Kwarta - to co najważniejsze o NBA Cavs.e-nba.pl - serwis poświęcony Cleveland Cavaliers Daveknot Enbiej.pl - NBA, koszykówka HORNETS.PL IVERSON.probasket.pl Nasz Kosz NBA Every Day - NBA, NCAA, koszykówka NBAonline Denver Nuggets poprostubasket.bloog.pl – Koszykarski blog Slamdunk League ToplistaNBA Typer - zabawa bukmacherska Wysoko nad obręczą – Koszykówka w szerokiej perspektywie Zawsze po pierwsze Koszykówka

EvoLve theme by Theme4Press  •  Powered by WordPress Czwarta-Kwarta.com
to co najważniejsze o NBA

Switch to our mobile site