• Strona główna
  • 4kwarta News
  • Market
  • Redakcja
  • Współpraca
  • Archiwum
  • TRADE RUMORS

Kamil Timoszuk

Idzie lato czas na zmiany

maj22
2012
1 komentarz Kamil Timoszuk

Sezon NBA dla większości klubów dobiegł już końca. Większość zawodników wyjechała na ryby, a tylko najwytrwalsi walczą o główne trofeum. Okres letni, który za chwilę na dobre zagości w zarówno klimatycznie jak i tez sportowo w zespołach NBA to czas kiedy do pracy muszą przystąpić szefowie i menagerowie poszczególnych ekip.

Po tym co się wydarzyło w ostatnich tygodniach pewne jest, że niektóre zespoły aby nadal myśleć o walce o najwyższe cele muszą przejść przebudowę. I nie chodzi mi o kosmetyczne zmiany ale o prawdziwą rewolucję jaka musi zagościć w ich zespołach. Plan jaki założono w tych zespołach jakiś czas temu ewidentnie nie wypalił i chyba już pora aby coś zmienić. Zespołem o którym w tej chwili przede wszystkim myślę to Chicago Bulls.

Drużyna z Wietrznego Miasta leżącego przy jeziorze Michigan w tym roku miała zawojować NBA i powrócić po wielu latach na szczyt ligi. Pamięć po tym jak w latach 90-tych Bulls dzielili i rządzili w lidze za sprawą Michaela Jordana w Chicago jest ciągle żywa. Nic więc dziwnego, że ciśnienie i wszelkie plany szefów organizacji z Chicago oraz ich podwładnych były skierowane tylko w jedną stronę, ku mistrzostwu NBA. Po tym jak swą karierę zakończył Michael Jordan przez wiele lat Bulls byli czerwona latarnią ligi. Sezony w których Bulls w rozgrywkach zasadniczych uzyskiwali około zaledwie 20 zwycięstw były na porządku dziennym. Wtedy jednak zdecydowano się na lekką rewolucję składzie zarówno zawodniczym jak i też na ławce trenerskiej. Efektem było to, że niemal co roku Bulls zachodzili coraz wyżej i osiągali coraz to lepsze wyniki. Dwa ostatnie sezony to już gra na poziomie Bulls z lat mistrzowskich. Przynajmniej statystycznie.

Jednak w dwóch ostatnich sezonach czegoś zdecydowanie zabrakło. Najpierw w rozgrywkach 2012/2011 trafili w finale konferencji wschodniej na ścianę w postaci nowych Miami Heat. Sił im wystarczyło na zaledwie pierwszy mecz z którego na pewno większość pamięta dwie szalone wsady Taja Gibsona.

To było jednak za mało. Jak się w późniejszych starciach okazało gra Bulls jest mocno jednowymiarowa i opiera się niemal w całości na barkach Derricka Rose’a. Planem niemal każdego zespołu rywalizującego z Bulls było to aby najpierw zatrzymać ich lidera, a następnie zając się resztą. Wprawdzie niewielu to się udawało ale i tak było to dość ryzykowne zagranie ze strony Bulls mając na uwadze także wątłe zdrowie swojego lidera.

Potwierdzenie tego przyszło szybciej niż się wielu spodziewało, a mianowicie w trwającym jeszcze sezonie. Derrick Rose w tym sezonie więcej czasu spędzał w pokojach różnego rodzaju lekarzy czy też gabinetach zabiegowych niż na Sali ćwicząc z kolegami. Pomimo tego jego partnerzy radzili sobie bardzo długi czas bardzo dobrze. Potwierdzeniem tego jest fakt, że udało im się osiągnąć statystycznie lepszy bilans zwycięstw niż rok wcześniej. Kiedy jednak w krótkim przeciągu czasu z gry z powodu kontuzji zostali wyłączeni i Derrick Rose i Joakim Noah było jasne, że Bulls w tych rozgrywkach nic nie osiągną.

Teraz zaś mając na uwadze to, że D-Rose nie wystąpi w kolejnych rozgrywkach lub w najlepszym wypadku powróci na rozgrywki Playoffs w sezonie 2012/2013 szefów Bulls czeka trudne zadanie. Na początku trzeba jednak postawić sobie pytanie czy to jest dobry czas na przebudowę. Sam Smith z oficjalnej strony Bulls.com stawia odważną tezę, że drużyna z Chicago potrzebuje drugiej wielkiej gwiazdy. O ile teza sama w sobie nie wydaje się zła to już proponowane przez niego rozwiązania są mocno dyskusyjne. Jedno z nich na przykład zakłada oddanie z drużyny Joakima Noaha oraz Luol Denga w zamian za 1-rundowy wybór w tegorocznym w drafcie, a następnie spisanie kolejnego sezonu na straty, ogrywanie młodego gracza i sięgnięcie z wysokim numerem po kolejnego zawodnika w drafcie 2013. W takim rozwiązaniu do sezonu 2013/2014 Bulls przystępowali by z teoretycznie dwoma młodymi gwiazdami i zdrowym jak ryba Derrickiem Rose. Co jednak jeśli jednak owe prospekty okażą się niewypałami? Co jeśli Derrick Rose nie wyleczy się tak jak wszyscy tego oczekują lub przez przypadek nabawi się kolejnej przypadkowej ale groźnej kontuzji? Moim zdaniem zbyt dużo znaków zapytania aby iść na tego typu rozwiązanie kosztem minimum jednego zmarnowanego sezonu.

Inną opcją przebudowy i pozyskania potencjalnie kolejnej gwiazdy jest przy małych korektach w obecnym składzie czekanie na lato 2014 roku kiedy teoretycznie do wzięcia będzie całkiem spora lista graczy z poziomu All-Star. Znajda się wtedy na niej na przykład Kobe Bryant, Dirk Nowitzki, Paul Pierce czy też przede wszystkim cała „wielka trójka z Miami”. Wśród tych graczy na jakich według Sama Smitha warto zwrócić uwagę znalazł się także Marcin Gortat. Czy byłoby to dobre rozwiązanie dla Bulls czy też nie to inna sprawa ale widać, że nasz rodak zauważany jest nie tylko przez nas czyli ludzi z Polski ale także i przez fachowców, którzy zajmują się na co dzień NBA za oceanem. A jeszcze wracając do Bulls to już nie tak dawno temu, kiedy wolni byli tacy gracze LeBron James czy też Chris Bosh, menagerowie z Wietrznego Miasta robili na nich zakusy z wiadomym skutkiem. Dlaczego więc tym razem miało by być inaczej? Tym bardziej jeśli dla Miami uda się w końcu coś ugrać w NBA wtedy wyciągnięcie kogokolwiek z ciepłej Florydy do często mroźnego Chicago może graniczyć z cudem.

Tak naprawdę jednak w tej chwili pewne jest tylko jedno. Szefostwo Bulls czeka w tym roku nie lada wyzwanie i trudne decyzje do podjęcia. Bo to, że jakieś trzeba będzie podjąć to raczej nie ulega żadnym wątpliwościom. Tak więc kibice Bulls trzymajcie się bo czeka was bardzo gorące lato.


NBA

Kategoria: Bulls, transfery - Tagi: chicago bulls, NBA

Wielki zielony powrót

kwi30
2012
1 komentarz Kamil Timoszuk

To co zrobili minionej nocy koszykarze Los Angeles Clippers w pierwszym spotkaniu przeciwko Memphis Grizzlies przejdzie już na stałe do historii. Odrobienie aż 27 punktów straty w meczu wyjazdowym to osiągnięcie, które nie zdarza się często. Ale zdarza się. Ostatni raz dokładnie 10 lat temu.

Poprzednim meczem w którym miała miejsce podobna historia było trzecie starcie w rozgrywkach play-off 2002 pomiędzy Boston Celtics, a New Jersey Nets. Tych Nets, których w NBA już nie ma, a zastąpi je od kolejnych rozgrywek zespół Brooklyn Nets z paskudnym logiem. Ale wracając do sedna. Początek XXI wieku w NBA był okresem dziwnym. Z powodu słabości kilku czołowych przez wiele lat ekip swoje pięć minut dostały właśnie takie zespoły jak New Jersey Nets, Detroit Pistons czy Boston Celtics, którzy wtedy jeszcze nie posiadali wielkiej trójki. Między innymi dlatego było możliwe to, że w finale konferencji wschodniej spotkały się zespoły New Jersey Nets, który w sezonie regularnym osiągnął bilans 52-30 i zajął pierwsze miejsce oraz Boston Celtics z bilansem 49-33 i trzecim placem w konferencji. Wtedy oba zespoły reprezentowali tacy gracze Jak Jason Kidd, Kenyon Martin, Keith Van Horn, Paul Pierce czy aktualny bankrut Antoine Walker.

To między innymi dzięki temu ostatniemu Boston już w drugim meczu wygrał na wyjeździe czym zyskał przewagę własnego parkietu. Zrobił to głównie dzięki niezłej postawie przypieczętowanej 26 punktami przez Antoine Walkera. Aby zdobyć tyle oczek popularny Toine potrzebował aż 32 rzutów z gry. Zwycięzców się jednak nie sądzi i Celtics wracali do własnej hali z chęcią osiągnięcia dwóch kolejnych wygranych. Meczu numer 3 szedł im jednak jak po grudzie. Zupełnie identycznie jak minionej nocy dla Clippers. I wtedy zdarzył się cud do którego obejrzenia serdecznie zapraszam.

DOWNLOAD


NBA

Kategoria: Torrenty - Tagi: boston celtics, NBA, New Jersey Nets, Playoffs, torrent

Zielone serce mistrzów

kwi27
2012
Dodaj komentarz Kamil Timoszuk

Poznaliśmy już pary zespołów jakie zmierzą się ze sobą w pierwszej rundzie rozgrywek Playoffs w lidze NBA. Już w sobotę wieczorem polskiego czasu pierwsze z drużyn wybiegną na boisko aby stoczyć pierwsze pojedynki. Zanim jednak to nastąpi cofnijmy się w czasie o ponad 30 lat kiedy koszykówka NBA wyglądała zupełnie inaczej.

Lata 80-te w rozgrywkach najlepszej koszykarskiej ligi świata to czas kiedy prym wiedli koszykarze Boston Celtics. Zespół złożony z takich graczy jak Bird, Parish czy też McHale był częstym gościem w najważniejszych fazach sezonu łącznie z finałami. Wszystko zaś rozpoczęło się od roku 1981 kiedy to w Boston w sezonie regularnym osiągnęli znakomity bilans 62 zwycięstw. Jednak takim samym rezultatem mogli się też pochwalić gracze Philadelphii 76ers. Nic więc dziwnego, że obie ekipy spotkały się w finale konferencji. Tam jednak pomimo tego, że ekipa z Bostonu miała przewagę własnego parkietu to po pierwszych 4 meczach przegrywali oni w rywalizacji 1-3. Tylko jeden mecz dzielił ich od tego aby zakończyć rozgrywki z wynikiem na pewno ich nie zadowalającym. Boston jednak to od zawsze była drużyna z charakterem, który ukazywał się zawsze wtedy kiedy trzeba. I właśnie w roku 1981 mieliśmy piękny pokaz tej właśnie cechy jakiej mogli pozazdrościć im praktycznie wszyscy.

Zapraszam do obejrzenia meczów numer 6 oraz 7 w tej niezwykłej serii gier. Mecze te były wstępem do tego co się stało później w wielkim finale NBA. Myślę, że będzie to dobry wstęp do tego co czeka nas już za kilkanaście godzin.

DOWNLOAD


NBA

Kategoria: różne, Torrenty - Tagi: boston celtics, NBA, philadelphia 76ers, Playoffs

Początki wielkiej legendy

kwi22
2012
Dodaj komentarz Kamil Timoszuk

Michael Jordan dla wielu z kibiców na całym świecie narodził się w ich świadomości bardzo późno bo pod koniec lat 80-tych lub też nawet na początku 90-tych. A to nie jest prawdą ponieważ ten wielki gracz Bulls już od swoich pierwszych sezonów NBA był niezwykle wyróżniająca się postacią. Warto więc sobie przypomnieć jak to faktycznie wyglądało.

Parę słów na ten temat napisał Karol Melaniuk:

Powszechnie uważa się, że legendę Jordana jako tego, który trafia wielkie rzuty w NBA rozpoczął „the Shot” nad Craigiem Ehlo w piątym meczu pierwszej rundy playoffs 1989. Jednakże MJ już jako debiutant był fenomenalny i nawet w pierwszej swojej serii w karierze popisał się game winnerem.

Starcie w przeciw Bucks w 1985 było wbrew pozorom (3-1 dla Milwaukee) ciekawą serią, a szczególnie spotkanie numer 3. Jordan zdobył w nim 35 punktów, z czego 16 w czwartej kwarcie – w tym game winner.

Bucks to była wtedy jedna z najlepszych defensyw NBA, mająca w składzie Sidney’a Moncriefa, który przez poprzednie dwa sezony był wybierany defensorem roku. Poza tym grał tam bardzo niedoceniany Paul Pressey, skrzydłowy, który pełnił funkcję point guarda w ataku, a w obronie z powodzeniem krył prawie wszystkich: od szybkich rozgrywających jak Isiah Thomas, a na wysokich jak Larry Bird skończywszy.

Co ciekawe, prowadził ich Don Nelson, którego większość fanów zna z wesołej koszykówki w stylu Warriors, czy Mavs z czasów Nasha. To jednak wbrew pozorom był wybitny trener, mający wiele nowatorskich pomysłów. Jakby nie było kiedyś grał z Billem Russellem będąc ważną częścią kilku mistrzowskich drużyn, które wygrywały właśnie defensywą.

Tak więc ogólnie nie dziwi, że poza tym jednym meczem, Jordan miał problemy w tej serii. Widać było jeszcze u niego brak doświadczenia, na przykład nie radził sobie za dobrze z podwojeniami. Co ciekawe, już w tak młodym wieku potrafił to, czego LeBron James nadal nie może opanować – post upowanie. Tyłem do kosza grał nawet z powodzeniem przeciw wspomnianemu bardzo dobremu obrońcy, jakim był Moncrief.

W tym spotkaniu na szczególną uwagę zasługuje jeszcze Terry Cummings. Komentatorzy określali go jako skrzydłowego przyszłości i jak najbardziej mieli rację. Teraz w podobnym stylu grają Chris Bosh czy Blake Griffin. Dobrze panował nad piłką, miał świetny rzut z półdystansu i był clutch jak mało kto. Jeden z najbardziej niedocenianych zawodników w historii, któremu karierę zniszczyły kontuzje.

Zapraszam więc do obejrzenia 3 meczu o którym wspomina Karol. Tu jednak mam przygotowaną niespodziankę. Po sieci krąży kilka wersji tego spotkania ale w większości z nich brakuje kilku ostatnich minut decydującej kwarty. Ja natomiast oddaję dziś do waszej dyspozycji pełną wersję tego spotkania, a do tego w jakości DVD. Tak więc zarówno zwykli kibice i fani talentu Michaela Jordana, a także kolekcjonerzy meczów NBA powinni być usatysfakcjonowani.

DOWNLOAD


NBA

Kategoria: Torrenty - Tagi: chicago bulls, michael jordan, milwaukee bucks, NBA, torrent

Jeden mecz od finału…

kwi21
2012
1 komentarz Kamil Timoszuk

Wczorajszy tekst o 6 meczu Playoffs z 2009 roku pomiędzy Chicago Bulls, a Boston Celtics zapoczątkował serię jaką będziecie mieli okazję śledzić na łamach tej strony. W kolejnych dniach będę wam proponował do obejrzenia kolejne mecze z najważniejszej fazy koszykarskiego sezonu, które przed laty rozgrzewały kibiców w USA i na całym świecie do czerwoności. I tak aż do rozpoczęcia tegorocznych zmagań.

Po pojedynku na wschodzie czas się przenieść na zachód. Bardzo dziki zachód. Cofnijmy się też o kilka lat wstecz, a mianowicie do 2000 roku kiedy Lakersi rozpoczynali swoją kolejną wielką dynastię. Po latach posuchy w kontekście mistrzowskich tytułów w Mieście Aniołów zespół z Kobem Bryantem i Shaquille O’Nealem był tym na co czekali zgłodniali fani Lakers czekali na upragniony tytuł. Te ich rozbudzone do szaleństwa apetyty bardzo mocno chcieli ostudzić gracze Portland Trail Blazers, którzy także pod koniec XX wieku zbudowali bardzo silny skład. Obecność w tym zespole takich graczy jak Rasheed Wallace, Scottie Pippen czy na przykład Arvydas Sabonis musiała budzić respekt w każdym przeciwniku w tamtym czasie.

Tymczasem kiedy doszło do finałowego starcia na zachodzie po pierwszych 4 meczach wydawało się, że Lakersi prowadząc już 3-1 w rywalizacji i mając kolejny mecz we własnej hali przejadą się po Blazers. Tymczasem fani w Staples Center w meczu numer 5 doznali sporego zawodu ponieważ ich pupile wprawdzie po walce ale jednak przegrali z ekipą z Portland 88:96. Ośmieleni tym faktem gracze z Oregon poszli za ciosem i zadali kolejne uderzenie w meczu numer 6 w gorącej jak zawsze Rose Garden. Dzięki zwycięstwu Blazers 103:93 rywalizacja, która miała się zakończyć szybko łatwo i przyjemnie stała się prawdziwym dreszczowcem. Zresztą idealnym jej podsumowaniem był kulminacyjny siódmy mecz w Los Angeles. Tak pisał o nim Mateusz Trybulec, którego znacie oczywiście z Czwarta-Kwarta.com, a prywatnie fan Lakers:

Jest 4 czerwca 2000 roku. Staples Center wypełnione jest po brzegi zgłodniałym sukcesu tłumem. Do Miasta Aniołów na siódmy, ostatni mecz finału Konferencji Zachodniej przyjechała drużyna Portland Trail Blazers ze Scottiem Pippenem, Rasheedem Wallacem i Arvydasem Sabonisem. Wszyscy zdają sobie sprawę, że będzie to walka na śmierć i życie, ale nikt nie był w stanie przewidzieć takiej dramaturgii spotkania. Było to jedno z najważniejszych zwycięstw w najnowszej historii Jeziorowców i punkt przełomowy dla duetu Kobe Bryant-Shaquille O’Neal.

Kiedy Diesel cztery lata wcześniej przeszedł do Lakers, łącząc siły z młodym Black Mambą (choć wtedy jeszcze nie używał tego pseudonimu), presja na przywrócenie blasku klubowi z Los Angeles, utraconego po sutych latach Showtime, zdecydowanie wzrosła. Jednakże z różnych powodów (kontuzje, kiepskie decyzje personalne) Jeziorowcy, choć kwalifikowali się do rozgrywek posezonowych, nie potrafili w nich odnieść większego sukcesu.

Zatrudnienie byłego trenera Byków, Phila Jacksona, w roku 2000 miało w końcu odwrócić koleje losu i przynieść spragnionemu miastu pierwszy od 12 lat puchar Larry’ego O’Briena. Sukcesy Jeziorowców i nagroda MVP sezonu zasadniczego dla Shaquille’a O’Neala dawały nadzieję na spełnienie tych marzeń.

W playoffach, ciężkie warunki w pierwszej rundzie narzucili Sacramento Kings (Lakers wygrali 3-2, w pierwszej rundzie grano jeszcze wtedy do 3 wygranych), w półfinale Konferencji padli w 5 meczach Phoenix Suns, a w finale Zachodu czekali na Jeziorowców zawodnicy z Portland, którzy nie mieli zamiaru tanio oddać skóry i o grze w Finałach miał zdecydować 7-meczowy pojedynek.

Czy trzeba dodawać coś więcej? Chyba nie. Zapraszam więc do pobierania i następnie oglądania tego wielkiego widowiska.

DOWNLOAD

Zachęcam też do dodawania w komentarzach pod tekstem waszych prywatnych typów na najlepsze mecze z Playoffs NBA, a być może wtedy będziecie je mogli obejrzeć w całości już niedługi czas później.


NBA

Kategoria: Torrenty - Tagi: los angeles lakers, NBA, Playoffs, Portland Trail Blazers

Budowanie atmosfery przed Playoffs

kwi20
2012
4 komentarzy Kamil Timoszuk

Czy czujecie już zbliżające się Playoffy w NBA? Czy nie możecie się doczekać nieprzespanych nocy z powodu nie tylko meczów o dziwnych godzinach ale także towarzyszącym im emocjom? Jeśli choćby na jedno z tych dwóch pytań odpowiedzieliście przecząco to być może niedługo się to zaraz zmieni.

Stanie się to za sprawą meczu który zapisał się w historii NBA prawdziwie złotymi zgłoskami. O dziwo nie jest to historia tak bardzo odległa bo zaledwie 3 lata wstecz. Jest jednak pewność, że wiele osób tego meczu długo jeszcze nie zapomni. W nim było to czego można oczekiwać od zespołów NBA w najważniejszym momencie koszykarskiego sezonu. Zaangażowanie, walka, nieustępliwość, dobra dyspozycja, wielkie rzuty, widowiskowe akcje czy też niespotykana często dramaturgia to tylko z kilku cech jakimi można by scharakteryzować to spotkanie. A jest to 6 starcie pomiędzy Chicago Bulls, a Boston Celtics. Jeśli wziąć pod uwagę to, że w całej tej serii pomiędzy tymi dwoma zespołami było aż 7 dogrywek to śmiało można powiedzieć, że w meczu numer 6 nastąpiła prawdziwa kumulacja dodatkowego czasu gry. Odradzające się po wielu chudych latach Byki stawiły bardzo duży opór wydawałoby się bardziej doświadczonym i zdeterminowanym Celtics. Nikt przed rozpoczęciem tej serii nie brał na poważnie tego, że plasujący się po sezonie regularnym na 7 miejscu gracze z Chicago sprawią masę kłopotów Bostończykom.

Zapraszam do obejrzenia meczu numer 6 z rozgrywek Playoffs w 2009 roku pomiędzy Chicago Bulls, a Boston Celtics. Jest to świetne wprowadzenie do tego co miejmy nadzieję czeka nas już niebawem.

DOWNLOAD

Dzisiejszy tekst oraz udostępniony mecz  jest pierwszym z serii kolejnych jakie pojawią się w kolejnych dniach. Jako, że wszystko co piszemy i udostępniamy robimy dla was czyli naszych czytelników to macie tez możliwość wyboru jaki chcielibyście obejrzeć następny w kolejności mecz. Jednak tym razem wybór macie zawężony tylko do meczów z Playoffs. Tak więc każdego dnia aż do rozpoczęcia rozgrywek Playoffs macie szansę zobaczyć największe spotkania w historii NBA, które decydowały o wielkości poszczególnych zawodników czy też całych drużyn. Nie zmarnujcie tej szansy i piszcie swoje typy w komentarzach pod spodem.


NBA

Kategoria: Torrenty - Tagi: boston celtics, chicago bulls, NBA, Playoffs, torrent

Jak ten czas leci…

kwi06
2012
1 komentarz Kamil Timoszuk

Kiedy czasami sięgamy swoją pamięcią wstecz to niekiedy mamy wrażenie, że niektóre wydarzenia miały miejsce niemal przed chwilą. Gdy jednak sprawdzamy dany temat dokładnie wtedy okazuje się naprawdę jak wiele czasu uciekło od danej chwili. Tak na przykład jest z meczami NBA.

Początek XXI wieku w NBA nie był to najlepszy okres dla całej ligi jako organizacji. „Okres polockoutowy” przekładał się bardzo wymiernie na niską oglądalność spotkań z sezonu regularnego, nieciekawe finały czy też generalny spadek zainteresowaniem ligi. Po zakończeniu karier przez największe gwiazdy z lat 80-tych i 90-tych miała też miejsce typowa zmiana pokoleń i napływ świeżej krwi do ligi, która na początku wydawała się niezbyt dobra. Czas jednak pokazał, że w szerszym kontekście czyli na przestrzeni większej ilości lat po części był to też początek nowej NBA, która dziś święci swoje największe sukcesy i marketingowe i sportowe. Był to też okres kiedy najlepsza koszykarska liga świata otworzyła się na świat pod względem przyjmowanych zawodników. Zaczęto znacznie przychylniej patrzeć na graczy spoza Ameryki bez różnicy czy pochodzili oni z Europy czy też z innych zakątków świata.

Bardzo dobrym przeglądem świeżej krwi były mecze debiutantów z tamtych lat. To właśnie dziś możemy ocenić czy w danym meczu wystąpiły prawdziwe wieloletnie gwiazdy tej ligi czy też może zawodnicy, którym udało się przypadkiem dostać do takiego spotkania. Można się przyjrzeć temu na przykładzie meczu pierwszoroczniaków z drugoroczniakami z 2002 roku. Kiedy zapytamy przeciętnego kibica NBA czy pamięta ten mecz i zawodników w nim grających to jest duże prawdopodobieństwo, że odpowiedź będzie negatywna. Kiedy jednak dziś spojrzymy na składy obydwu zespołów to możemy się doszukać tam takich postaci jak na przykład Tony Parker, Pau Gasol, Hedo Turkoglu, Jason Richardson (został MVP tego starcia), Kenyon Martin czy też Andrei Kirilenko.

Zapraszam do obejrzenia tego meczu i porównania sobie jak bardzo zmienili się ci wszyscy gracze przez te minione już całe 10 lat. Wielu z nich jeszcze wtedy nie przejawiało wielkich predyspozycji. Pomimo tego jak pokazał czas kilku z nich już teraz ma na swoich palcach mistrzowskie pierścienie i ma także szanse na kolejne.

DOWNLOAD


NBA

Kategoria: Torrenty - Tagi: All Star Weekend, NBA, rookies, Sophomores

Kobieta z innej ligi

mar22
2012
3 komentarzy Kamil Timoszuk

Koszykówka kobieca na całym świecie cieszy się znacznie mniejsza popularnością niż jej męski odpowiednik. Nawet w USA czyli kolebce tego sportu odbijanie piłki przez panie jest traktowane trochę jakby po macoszemu. Być może jednak ten fakt w najbliższym czasie ulegnie pewnej zmianie za sprawą pewnej dziewczyny.

Nazywa się ona Brittney Yevette Griner i jest córką Raymonda i Sandry Griner. Urodziła się 18 października 1990 roku w Houston. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego gdyby nie fakt, że większość swego życia poświęciła temu co kocha czyli koszykówce. A miała ku temu dobitne podstawy aby lubić to co robi ponieważ już od najmłodszych lat dostawała z wielu stron znaki, że jest dobra w tym co robi. Przy dołożeniu wszelkich starań i zaangażowania może być jedną z najlepszych. Kiedy przyszedł czas aby wybrać sobie uczelnię na której będzie się kształcić zarówno naukowo jak i też koszykarsko jej wybór padł na Baylor. Duży udział w tej decyzji mieli rodzice, którzy bardzo chcieli aby ich pociecha została jak najbliżej swego rodzinnego domu. Tak się jednak szczęśliwie złożyło, że Baylor mogło zaoferować młodej koszykarce znakomite warunki w każdym aspekcie jej młodego życia.

Zanim Brittney Gringer dołączyła do ekipy Baylor mogła się legitymować meczowymi statystykami ze szkoły średniej na poziomie 33 punktów, ponad 15 zbiórek, prawie 12 bloków (!!!) oraz ponad 3 asyst oraz przechwytów w każdym ze spotkań. Imponujące, prawda? To jednak jeszcze nie wszystko. Brittney jest pierwszą zawodniczką w historii, która już w szkole średniej wykonała wsad piłki do kosza. Co więcej nie był to jednorazowy przypadek ponieważ ten wielki talent robił to niemal nagminnie. Na przykład w 32 meczach jako senior wykonała ona 52 wsady co daje średnią prawie dwóch efektownych zagrań na mecz. To właśnie do tej zawodniczki należy też rekord w ich ilości w jednym meczu, który w tej chwili wynosi 7 (23 stycznia 2009).

Żeby dopełnić obraz jej nieprzeciętnych umiejętności warto wspomnieć też o rekordzie bloków w jednym meczu – 25 (11 listopada 2008). Na swoim koncie ma też już jedno z osiągnięć, które w koszykówce zarówno damskiej jak i też męskiej zdarza się niezwykle rzadko, a mianowicie quadruple-double. 2 grudnia 2008 roku widzowie zebrani na meczu Houston’s Nimitz High School, a College Park mogli obserwować jak Brittney uzyskuje 36 punktów, zbiera z tablic 15 piłek, blokuje przeciwniczki 15 razy, a także podaje 10-krotnie swoim koleżankom tak, że nie pozostaje im nic innego jak tylko wykończyć akcję celnym rzutem. Triple double, a już na pewno osiągnięć double double wręcz ciężko zliczyć. Podobnie zresztą jak i nagród jakimi została już do tej pory uhonorowana ta młoda zawodniczka. Jej koszulka ze szkoły średniej wisi jako jedna z 25 w Women’s Basketball Hall of Fame’s Ring of Honor. Zresztą zobaczcie sami z kim mamy do czynienia.

Czy od takiego początku kariery nie może się przewrócić w głowie? Oczywiście, że może ale jak na razie Brittney Griner wirus „wody sodowej” omija szerokim łukiem o co dba zarówno ona sama jak i jej najbliższe otoczenie. Skutkuje to tym, że zarówno ona jak i też jej zespół są na najlepszej drodze do tego aby zostać najlepszą żeńską drużyną w kraju. We właśnie trwającym żeńskim NCAA Tournament Baylor konsekwentnie kontynuuje swoją drogę zwycięstw na jaką wkroczył na początku rozgrywek. W chwili obecnej Baylor w tym sezonie rozegrało 36 meczów i jak na razie nie doznało żadnej porażki. Skutek jest tego taki, że młode zawodniczki są właśnie przed meczem 1/16 finałów czyli w tak zwanej rundzie Sweet 16. Wydaje się, że tylko jakiś cud mógłby odebrać dla głównego faworyta końcowy sukces ale z drugiej strony to tylko i aż koszykówka czyli niczego nie można być pewnym na 100%. Baylor w tym sezonie tylko 2 razy wygrywało swoje mecze różnicą 5 oczek, a pozostałe starcia kończyły się mniejszymi bądź też większymi demolkami, które czasami kończyły przewagą nawet 70 punktów. Nasza główna bohaterka w każdym z tych zwycięstw miała znaczący udział ponieważ w tym sezonie legitymuje się ona średnią ponad 23 punktów na mecz, prawie 10 zbiórek oraz ponad 5 zablokowanych rzutów. Prawdziwy koszykarski potwór w damskim świecie basketu.

Tym zjawiskiem jakim jest Brittney Griner postanowili się zająć fachowcy ze znanego programu stacji ESPN pod tytułem Sport Science. Rozłożyli oni niemal na czynniki pierwsze tą zawodniczkę i pokazali dlaczego jest ona tak dominująca. Zobaczcie.

Powstaje teraz tylko pytanie. Czy po przejściu na zawodowstwo czyli do ligi WNBA oraz być może kiedyś Europy będzie ona w stanie prezentować się nadal w tak efektowny i przede wszystkim efektywny sposób. Istnieje wystarczająco dużo przesłanek aby móc w spokojnie w to uwierzyć jak również w to, że ta zawodniczka jest w stanie wznieść kobiecy basket na zupełnie inny poziom niż był do tej pory.


NBA

Kategoria: różne - Tagi: Brittney Griner, ncaa

Nowy Jork miastem sportu

mar16
2012
3 komentarzy Kamil Timoszuk

Istnieją na świecie takie miasta, które fascynują niemal każdego. Ludzie nawet nie będąc nigdy w danym miejscu są nim zauroczeni ponieważ dzieje się tam wszystko to o czym słyszy później cały świat. Niewątpliwie takim miastem jest Nowy Jork, który można z wielu różnych powodów zarówno kochać jak i też nienawidzić. Big Apple jest światową stolicą wielu dziedzin naszego życia ale tą która mnie najbardziej interesuje jest oczywiście sport.

Przebywając w Stanach Zjednoczonych Nowy Jork jest jednym z tych miejsc, które nie tyle można co wręcz należy odwiedzić. Jest to miejsce gdzie spotykają się, ścierają, a zarazem tez i współżyją ludzie oraz kultury całego świata. Można by nawet pokusić się o stwierdzenie, że jeśli jeśli w Nowym Jorku nie ma przedstawiciela jakiejś nacji to ta nacja tak na prawdę nie istnieje. To prawie jak Google. Dzięki tej różnorodności każdy przybysz z innego zakątka świata może znaleźć coś dla siebie co go zauroczy, zafascynuje lub też w skrajnym przypadku zrazi lub przestraszy. Takie są uroki każdego tygla społeczno kulturowego jakim niewątpliwie jest to miasto.

Ja w swojej ubiegłotygodniowej wizycie w tym mieście szukałem wszelkich oznak i objawów tego, że Nowy Jork to miasto które żyje sportem. Czy było to zadanie specjalnie trudne? Śmiało mogę powiedzieć, że raczej nie. Jednym z głównych celów jakie chciałem zaliczyć tym razem był męski koszykarski finał konferencji Big East czyli drugi największy turniej w lidze NCAA zaraz po NCAA Tournament. Okazja do tego była na prawdę świetna bo właśnie w tym roku obchodzono 30-lecie rozgrywania tego turnieju w jednej z najbardziej znanych hal na całym świecie czyli Madison Square Garden.

Zanim jednak odbył się rzeczony finał nie mogłem sobie odmówić przez kilka poprzedzających dni spacerów po tym mieście w poszukiwaniu tego, że sport dla prawdziwych Nowojorczyków jest niemal obowiązkiem. Po tych paru dniach obserwacji stwierdzam, że mieszkańcy tego miasta mają niemal za dobrze. Wniosek taki nasuwa się po tym gdy przeanalizuje się jakie sporty mają do wyboru potencjalni kibice. A jest to baseball, futbol amerykański, hokej, koszykówka. I wymieniam tu tylko najbardziej popularne zespołowe dyscypliny bo na pewno istnieje też możliwość śledzenia różnych innych dyscyplin, które nie są tak medialne jak te wymienione. Każdy z tych drużynowych sportów jest reprezentowany przez zawodową ligę przez co jest okazja do zobaczenia nie tylko lokalnych zespołów ale także i gwiazd z całych Stanów Zjednoczonych, które przyjeżdżają na pojedyncze mecze. Co więcej już niedługo Nowy Jork zyska jeszcze jeden zespół, który od kolejnego sezonu zmieni swoją siedzibę.

Jak widać przenosiny New Jersey Nets na Brooklyn zaczęły się już na dobre i pan Jay-Z nie zamierza rezygnować z walki o kibica na zdominowanym przez New York Knicks podwórku. Pozostaje tylko pytanie czym oprócz zapewne niższych cen biletów zamierza przyciągnąć ludzi do hali w której nie będzie występować tak jak planowano Dwight Howard. Sam Deron Williams nie wystarczy.

A pro po jeszcze biletów. Najpopularniejszym serwisem, który oferuje bilety na imprezy sportowe w całych Stanach Zjednoczonych jest Ticketmaster. Niestety jednak na finał Big East prawa do tego przywileju miał portal o nazwie Stub Hub. Zaletą tego pierwszego jest przede wszystkim to, że każdy zakupiony bilet można sobie ściągnąć na swój komputer, wydrukować w domu i bez przeszkód udać się na mecz. Niestety w przypadku Stub Hub i finału turnieju NCAA w Madison Square Garden nie było już tak prosto. Najpierw zaskoczeniem był dla mnie sam fakt, że po bilety trzeba się udać osobiście co w czasach internetu jest dość dziwną praktyką. Jeszcze dziwniejszym zjawiskiem jest to, że za osobiste odebranie trzeba zapłacić 15 dolarów! Are you kiddin me chciało by się zapytać. Irytacja była później tym większa, że organizacja pracy w punkcie odbioru biletów pozostawiła wiele do życzenia.

kiedy zaszliśmy po wejściówki 2 dni przed meczem, a następnie czekaliśmy na prośbę pracownika przed wejściem okazało się, że bilety będą do odebrania dopiero na 2 godziny przed sobotnim spotkaniem. Szkoda tylko, że nikt o tym nie poinformował nas wcześniej zanim dotarliśmy na miejsce.

Nie ma jednak tego złego co by na dobre nie wyszło, ponieważ był to dobry pretekst aby wybrać się do miejsca niema obowiązkowego dla każdego fana basketu w Nowym Jorku czyli oficjalnego sklepu NBA. Niestety od ostatniej mojej wizyty w tym mieście ów sklep zmienił swoją siedzibę na znacznie mniejszą. Owocowało to tym, że asortyment jaki oferował był znacznie mniejszy niż wcześniejszy. Jak się jednak później dowiedziałem jest to podobno tylko okres przejściowy ponieważ już są czynione starania aby znaleźć lokal o niemal 70% większy niż ten pierwszy. A jeśli ktoś się nie orientuje to pierwszy ze sklepów znajdował się przy jednej z najbardziej ruchliwych ulic w Nowym Jorku i zajmował 3 całe piętra jednego z budynków. Jeśli dla NBA uda się spełnić ten warunek o większym o 70% większym nowym sklepie to będzie chyba coś niesamowitego. W tym obecnym można zaś było już od wejścia zobaczyć i zaopatrzyć się na przykład w jakąś oldschoolową koszulkę.

Jeśli zaś ktoś chciał coś bardziej na czasie to także miał pewien wybór.

Cenowo przedstawiało się to od $90 za repliki koszulek, aż do $250 za oryginały. Co ciekawe te tańsze koszulki jakościowo w moim mniemaniu przedstawiały się znacznie lepiej niż te droższe. Być może przy dłuższym ich używaniu te różnice w cenach można dosłownie odczuć ale na pewno nie oglądając je na wieszakach. Największym wzięciem oczywiście cieszyły się trykoty Jeremiego Lina. Sam byłem świadkiem jak grupa 5 Azjatów zaopatrzyła się jak jeden mąż w koszulki z nazwiskiem swego idola. Ja na szczęście nie poddałem się tej gorączce i odpuściłem sobie Linomanię i nabyłem kilka mniejszych ale równie ciekawych suwenirów.

Przeglądając na szybko przewodnik po Nowym Jorku zobaczyłem też, że reklamuje się tam hokejowy odpowiednik NBA Store czyli NHL Store. Pomimo, że wielkim fanem tej dyscypliny nie jestem to ciekawiło mnie jak prezentuje się to miejsce. I muszę przyznać, że było tam na prawdę ciekawie.

Wielkie zdjęcia najlepszych graczy NHL porozwieszane po całym klepie, żyrandol ułożony z kijów hokejowych czy manekiny zawodników poubierane w trykoty meczowe to wszystko tworzyło jedną spójną całość. Nawet jeśli nie miałem zamiaru nic tam kupować to warto było tam zajrzeć choćby z ciekawości co szczerze polecam wszystkim, którzy będą mieli ku temu okazję.

Zresztą można było odnieść wrażenie, że hokej w tej chwili jest znacznie bliższy Nowojorczykom niż basket. Już od wejścia do Madison Square Garden wszystkich wita taki ogromny plakat.

Wszystko to za sprawą New York Rangers, którzy na chwilę obecną rządzą i dzielą w najlepszej hokejowej lidze świata. Na szczęście im dalej wgłąb hali tym oznaki koszykówki były coraz częstsze.

A jako, że tego wieczoru gospodarzem była koszykówka akademicka to nie mogło być inaczej i wszystkich fanów witała nieodłączna orkiestra. Tym razem czas wszystkim umilali czas grajkowie z Cincinnati.

Później jeszcze tylko chwila oczekiwania na wpuszczenie na halę przez ochroniarzy i oczom wszystkich fanów ukazywał się taki widok

Mając świeżo w pamięci wydarzenia z przedpołudnia o których pisałem kilka dni temu czyli meczu finałowego Stony Brook liczyłem na podobne emocje także i w tym spotkaniu. Hala w samym centrum NY wypełniła się w jakichś 85% co i tak uważam że jest całkiem niezłym wynikiem. Co ciekawe większość tych ludzi była fanami nie występującej w finale ekipy Syracuse. Fani tego zespołu już od kilku dni opanowali zarówno MSG jak i wszystkie bary oraz ulice dookoła. Niestety tak się stało, że popularni Orange nie awansowali do decydującego pojedynku co na pewno nie wypłynęło pozytywnie na atmosferę tego meczu. Obiekt po remoncie dolnych trybun prezentował się jeszcze lepiej niż zazwyczaj. Sam mecz rozpoczął odśpiewywany na wszystkich sportowych imprezach w USA hymn państwowy.

Sam mecz bardzo trudno jest mi zaliczyć do przynajmniej dobrych ponieważ tak się złożyło, że trafiłem na historyczny mecz w którym ustanowiono rekord najmniejszej ilości punktów w finale w całej 32-letniej historii zawodów. To trzeba mieć szczęście. Niestety taka jak i była gra na boisku taki i był doping na trybunach. Siedzący dookoła nas zdegustowani czy nawet wściekli fani Syracuse raz za razem nie szczędzili cierpkich słów graczom występującym po obu stronach parkietu. Jeden dzień to było zdecydowanie za mało czasu aby mogli oni zapomnieć o porażce w półfinale swoich pupili. Zresztą wracając w poniedziałek z Nowego Jorku do Chicago nawet na lotnisku czy już w samym samolocie miałem okazję posłuchać dalszej wymiany zdań na temat słabej postawy Cuse.

Wracając jeszcze do tego wieczoru to finał okazał się szczęśliwy dla drużyny z Louisville, która wygrała z Cincinnati 50:44. W dużej mierze stało się to za sprawą ich największej gwiazdy czyli Peytona Sivy, zdobywcy 10 czek oraz 5 asyst. Tak wyglądały ostatnie sekundy tego finałowego boju.

Hala bardzo szybko opustoszała po tym meczu, ponieważ wszyscy z powodu bardzo późnej już godziny śpieszyli się na metro czy inne formy transportu w NY. Ja udając się metrem mogłem jeszcze zobaczyć zapowiedź czekających wszystkich emocji czyli NCAA Tournament.

Utwierdziło mnie to tylko raz jeszcze w przekonaniu, że Nowy Jork jest prawdziwą stolicą amerykańskiego sportu. Tam każdy fan, który chce być blisko największych światowych wydarzeń ma do tego masę możliwości. Jedynym ograniczeniem jakie może go od tego powstrzymać jest zawsze będący w deficycie w dzisiejszym świecie czas oraz zasoby funduszy na bilety. A tak poza tym to żadnych granic lub też jak kto woli no limits. I jak tu nie uwielbiać tego miasta?


NBA

Kategoria: różne

Studentem być!

mar13
2012
1 komentarz Kamil Timoszuk

Nie od dziś wiadomo, że „student do najlepszy zawód świata”. Wiedzą o tym doskonale Ci którzy swoje studia już ukończyli, a także Ci którzy studentami właśnie są. W Stanach Zjednoczonych czasami bycie studentem to jednak coś więcej. To możliwość pokazaniu się szerszemu gronu odbiorców w niemal każdej dziedzinie studiów. Świetnym przykładem tego są sportowcy. To właśnie oni potrafią zelektryzować całe społeczności studenckie ale i nie tylko.

Młody człowiek wybierając, a później dostając się do największych szkół w USA dostaje szanse aby jego osiągnięcia w wybranej przez niego dziedzinie zobaczyli nie tylko jego koledzy, koleżanki oraz wykładowcy. Jeśli dany student jest dobry w tym co robi to bardzo często ma on szansę zaistnieć na szerszej niż przynajmniej lokalna arenie. W wielu przypadkach dane studia na terenie Stanów Zjednoczonych specjalizują się w danej dziedzinie. Jedne są prawdziwymi fabrykami naukowców, inne na przykład artystów, a niektóre sportowców. Czasem jednak zdarza się tak, że w szkole o określonym profilu zdarza się nazwijmy to wybryk w postaci sukcesów w innej niż się wszyscy spodziewali dziedzinie. Przebywając w miniony weekend w Nowym Jorku miałem okazję zobaczyć na własne oczy jak grupa młodych chłopaków z Stony Brook University stara się przejść do historii.

W oddalonym o kilkadziesiąt mil od miasta Wielkiego Jabłka kampusie na co dzień uczy się około 30 tysięcy studentów czyli przeciętne małe polskie miasto. Cały uczelniany kompleks składający się z budynków uczelni, odpowiedników polskich akademików czy też wielu innych przydatnych miejsc jak sklepy, pralnie, poczta, kino czy wiele innych znajduje się w pobliżu lasu lub nawet w nim samym. Sprawia to, że z jednej strony panuje tu cisza i spokój, a z drugiej każdy student właściwie nie ma potrzeby aby tak na co dzień opuszczać to miejsce. Szkoła posiada także nawet własną policję, która pilnuje tam na co dzień porządku czy też tak jak miałem okazję widzieć sprawnie kieruje ruchem na okolicznych drogach w przypadku dużych imprez sportowych czy muzycznych. Najprawdziwsze studenckie miasto z prawdziwego zdarzenia.

I właśnie w tym mieście w w sobotnie przedpołudnie odbywał się mecz, który mógł być dla tej szkoły historyczny. Mianowicie uczelniana drużyna koszykarzy, która istnieje zaledwie od 10 lat co jest bardzo małym stażem, walczyła o awans do meczów barażowych do wielkiego NCAA Tournament. Stony Brook Seawolves, bo tak się ona dokładnie nazywa podejmowała ona we własnej hali Vermont Cats. Rok wcześniej zespół spod Nowego Jorku rozgrywał podobny mecz na wyjeździe gdzie przegrał pechowo zaledwie 2 punktami pomimo tego, że po pierwszych 20 minutach prowadził różnicą 15 oczek. W tym roku miało być jednak inaczej. Bardziej doświadczeni i bardziej ograni zawodnicy Seawolves przy wsparciu swojej prawie 4,5-tysięcznej publiczności mieli dokonać tego czego nie udało im się rok wcześniej.

O biletach na to spotkanie w normalnej sprzedaży można było zapomnieć już bardzo dawno. Wszystkie wejściówki na ten historyczny mecz rozeszły się w mgnieniu oka jak ciepłe bułeczki. Na szczęście jednak są jeszcze inne sposoby aby uzyskać bilety niż oficjalna sprzedaż. Jakie? Tym razem z pomocą przyszedł mój znajomy mieszkający na stałe w Nowym Jorku, który tak się składa, że miał szczęście ukończyć jeden z kierunków właśnie na tej uczelni. Pomimo, że zrobił on to dwa lata temu to nawiązane wtedy znajomości właśnie teraz zaprocentowały. I takim oto sposobem udało się zostać szczęśliwym posiadaczem takich oto ważnych kartoników.

Już od samego wejścia na halę widać było, że jedynym słusznym kolorem na hali był tego dnia kolor czerwony. Zorganizowana akcja pod tytułem „Wszyscy na czerwono” przyniosła pełny sukces. Zarówno młodsi jak i tez starsi fani mieli na sobie wszelkiej maści bluzy, koszulki, podkoszulki, kurtki czy cokolwiek innego właśnie w tym kolorze. Efekt był na prawdę znakomity. Już przy wejściu wszystkich witał Wolfie czyli maskotka Stony Brook.

Jednak to co najlepsze wszystkich czekało zaraz po przekroczeniu progu hali głównej. Setki ludzi w różnym wieku ubranych w identyczny sposób miały tylko jedną myśl – uczestniczyć w historycznym wydarzeniu. Jak mówił mój znajomy nigdy wcześniej pomimo spędzeniu w tej szkole kilku lat nigdy wcześniej nie widział czegoś takiego. Poziom napięcia, mobilizacji oraz chęci zwycięstwa miejscowego zespołu był na najwyższym poziomie. Podobnie było także i w sektorach na trybunach zajmowanych przez fanów z Vermont, którzy także w dość pokaźnej liczbie zjawili się tego dnia w Stony Brook. Minuty do tego spotkania mijały bardzo szybko. Można było je poświęcić do spacerów po hali, która niedługo ma być remontowana, czy też do zakupu pamiątek lub jakiegoś pożywienia przed meczem. Kiedy jednak nadeszła odpowiednia chwila zaczęła się prezentacja obydwu drużyn.

Pomimo, że takich początków widziałem już na żywo całą masę w swoim życiu to jednak na szczęście nie sprawia to, że staję się na nie obojętny i mogę przejść nad nimi do porządku dziennego. Tego dnia autentycznie życzyłem miejscowej drużynie zwycięstwa i wielu chwil radości dla tego niesamowitego tłumu jaki dopingował ten zespół tego dnia. Pierwsza piłka należała do gospodarzy.

Jak się jednak okazało były to miłe złego początki. Stawka tego meczu była tak duża, że ewidentnie zarówno jeden jak i też drugi zespół nie potrafił sobie do końca poradzić z presją jaką został obarczony. Szczególnie gospodarze mieli wielkie kłopoty z konstruowaniem kolejnych składnych akcji. Ich skuteczność rzutów z gry w tym meczu mówiąc bardzo łagodnie pozostawiała wiele do życzenia. Potrafili oni pudłować w niektórych sytuacjach z wręcz niewiarygodnych pozycji. Dwóch najlepszych graczy tego zespołu czyli Dave Coley i Bryan Dougher trafili w tym spotkaniu łącznie zaledwie 6 rzutów na aż 28 prób. Cały zespół zaś w tym pojedynku nie przekroczył 30% skuteczności rzutów z gry. W zespole z Vermont w tym elemencie gry nie było aż tak wcale lepiej. Jednak to goście bardziej panowali nad wydarzeniami na boisku i dzięki temu z każdą kolejną minutą uzyskiwali coraz to większą przewagę. Zarówno punktową jak i psychiczną. Po 20 minutach gry goście wygrywali 26:19. Kiedy wszyscy myśleli, że druga część spotkania zacznie się od frontalnych ataków Seawolves to Cats zadali kolejne ciosy i ich dystans zwiększył się do już 17 punktów (46:29). Nadzieja na odwrócenie losów tego meczu w zebranych fanach była coraz mniejsza. Wszyscy widzieli, że zespół po prostu po tym co prezentuje nie zasługuje na wygraną.

Roszady w składzie jakich dokonał szkoleniowiec gospodarzy zaczęły jednak przynosić skutek. W dość szybkim tempie Seawolves dzięki spokojniejszej i rozważniejszej grze zeszli już do zaledwie 4 oczek straty. Kiedy tak odrabiali te punkty to na trybunach stworzył się prawdziwy kocioł w którym człowiek nie słyszał własnych myśli. Publiczność nawet po najmniejszych udanych zagraniach swoich pupili wydobywała z siebie prawdziwy ryk, który zagłuszał wszystko. Kiedy jednak na tablicy wyników było już tylko 47:43 dla Vermont wtedy znowu coś stanęło. Młodym graczom jak to się mówi „zagotowały się głowy”.

Dzięki opanowaniu sytuacji i skutecznie wykonywanym rzutom wolnym w ostatnich sekundach spotkania Vermont po końcowym gwizdku sędziego mogło odtańczyć swój taniec radości na parkiecie przeciwnika.

Kibice opuszczający halę nie mieli najlepszych humorów. Po raz kolejny ich zespół nie wykorzystał szansy do tego aby zapisać się złotymi zgłoskami w historii szkoły. Planowana feta z okazji awansu do najważniejszego akademickiego turnieju kosza w Stanach Zjednoczonych musi zostać przełożona przynajmniej o jeden rok. Wychodzący z hali fani wyglądali jak czerwona rzeka smutku…

Ja jednak byłem zadowolony z tego, że miałem okazję zobaczyć i poczuć na własnej skórze to co do tej pory widziałem już wielokrotnie w telewizji czyli prawdziwe emocje jakie daje akademicka koszykówka. Każdemu kto jest lub będzie w Stanach Zjednoczonych w okresie lutego lub marca polecam wybrać się na tego typu mecz ponieważ może on dać więcej satysfakcji i emocji niż nawet mecz NBA widziany na żywo. A jeśli ktoś ma okazję zobaczyć lepsze zespoły jak na przykład Duke, North Carolina czy inne Kentucky, które grają w kilkukrotnie większych halach przy niemal zawsze pełnych trybunach to nie ma się nad czym zastanawiać tylko to trzeba po prostu zobaczyć i poczuć.


NBA

Kategoria: NCAA
« Older Entries

4kwarta NEWS

  • NBA playoffs Top 5 (21.05)
  • NBA playoffs Top 5 (20.05)
  • NBA playoffs Top 5 (17.05)
  • NBA playoffs Top 5 (16.05)
  • NBA playoffs Top 10 (15.05)
  • Small Market, Big Heart
  • NBA playoffs Top 5 (14.05)
  • Przed drugą rundą – zachód
  • NBA playoffs Top 5 (13.05)
  • NBA playoffs Top 5 (12.05)
  • Przed drugą rundą - wschód
  • NBa playoffs Top 5 (11.05)

Blog

  • NBAcodziennie
  • Archeobasketologia
  • Power Ranking
  • NCAA
  • Podcast
  • TRADE RUMORS
  • Airball spod kosza
  • NCAA od podstaw
  • Skarb Kibica NBA 2011/12
  • Overtime
  • Archiwum

Warto przeczytać

  • Idzie lato czas na zmiany
  • Airball spod kosza: 44 mecze pierwszej rundy
  • Smaczki i krzaczki – pierwsza runda
  • O Drafcie, NCAA i limicie wiekowym
  • Airball spod kosza: Mistrzowie na wakacjach, myślą o przyszłości
  • Przygotowania Olka Czyża do Draftu
  • Rookie Ranking vol.4
  • Nagrody 4kwarty za sezon 2011/12
  • Plusy ujemne i dodatnie minusy: straty
  • O Rajonie ciąg dalszy

W halach NBA (galeria)

Wyniki

Dołącz do nas

Współpraca

Linki

  • about NCAA
  • MVP Magazyn
  • NBA & NCAA na DVD
  • PolskiKosz.pl
  • RotoStrefa. Nasz Punkt Widzenia.
  • Sport24.pl
  • Typy NBA
  • widziane z półdystansu
  • wyniki na żywo

Szukaj

buttony

blog Czwarta Kwarta - to co najważniejsze o NBA Cavs.e-nba.pl - serwis poświęcony Cleveland Cavaliers Daveknot Enbiej.pl - NBA, koszykówka HORNETS.PL IVERSON.probasket.pl Nasz Kosz NBA Every Day - NBA, NCAA, koszykówka NBAonline Denver Nuggets poprostubasket.bloog.pl – Koszykarski blog Slamdunk League ToplistaNBA Typer - zabawa bukmacherska Wysoko nad obręczą – Koszykówka w szerokiej perspektywie Zawsze po pierwsze Koszykówka

EvoLve theme by Theme4Press  •  Powered by WordPress Czwarta-Kwarta.com
to co najważniejsze o NBA

Switch to our mobile site