• Strona główna
  • 4kwarta News
  • Market
  • Redakcja
  • Współpraca
  • Archiwum
  • TRADE RUMORS

Dawid Księżarczyk

Wielkie lata 70-te

sty22
2012
2 komentarzy Dawid Księżarczyk

Rzadko kiedy widuje się tak dantejskie sceny, jak te po zakończonym piątym meczu finałów w 1976 roku między Bostonem a Phoenix. Setki kibiców wstało ze swoich miejsc i niczym gigantyczna ludzka fala w mgnieniu oka zalało cały parkiet. Siedzącym w pobliżu parkietu komentatorom przydzielono błyskawicznie ochronę, a cała drużyna Słońc drżała o swoje życie. Zaryzykuję stwierdzenie, że w historii finałów NBA, żaden inny mecz nie zakończył się tak gargantuicznym wybuchem emocji jak ten ostatni mecz finałów w 1976.

Zespół Phoenix dostał się do finałów NBA wbrew wszelkiej logice. Po drodze pokonali Seatlle Supersonics oraz obrońców tytułu Golden State. W sezonie zasadniczym nie potrafili znaleźć swojego rytmu i zakończyli go ze skromnym bilansem 42-40 (najgorzej im szło w okresie zimowym, kiedy to przegrali 18 z 24 meczów). Udało im się jednak szczytować z formą w najważniejszym momencie i tak w wielkim finale stanęli w szranki z faworyzowanymi Celtami, prowadzonymi przez Dave’a Cowensa, Jo Jo White’a i Johna Havlicka. Debiutujący w NBA center Phoenix Alvan Adams chyba jako jedyny gracz Słońc nie miał na celu zdobycia mistrzostwa. Marzył jedynie o tym, aby Dave Cowens nie wygrał wszystkiego.

Mimo, że Celtowie gładko wygrali wszystkie cztery spotkania w sezonie zasadniczym, gracze Phoenix mieli przewagę w dwóch aspektach – młodości i zdrowiu. Średnia wieku Słońc – 26. Średnia wieku Celtów – 31, a do tego ich kapitan John Havlicek grał po kontuzji, przez co praktycznie nie skakał i ledwo biegał.

Bostończycy dostali się do finałów bez większych kłopotów. Dwie drużyny, z którymi grało im się najgorzej (Waszyngton i Golden State) odpadły, zanim miały możliwość napsucia zielonej krwi Celtów. Zamiast tego Zieloni wygrali gładko w sześciu meczach pojedynki z Buffalo Braves i Cleveland.

Dwa pierwsze mecze wielkiego finału nie przyniosły wielu emocji. Pomimo fizycznych ograniczeń Havlicka, Celtowie pokazali swoją ulubioną twardą koszykówkę wygrywając dwa pierwsze spotkania, kolejno 98-87 oraz 105-90, po czym od razu pojawiły się pierwsze, nieśmiałe komentarze o szybkim sweepie. Jak tylko rywalizacja przeniosła się na zachód, mieliśmy miejsce z pierwszą niespodzianką. Ponieważ wg stacji CBS zdecydowana większość widzów znajdowała się na wschodnim wybrzeżu, niedzielne spotkanie zostało rozegrane z samego rana (przez co zarząd Suns musiał wydać oficjalne przeproszenie tych, którzy chcąc obejrzeć mecz musieli opuścić mszę). W Memorial Coliseum, mimo wczesnej pory pojawiło się ponad 13 tysięcy fanów, którzy ekscytowali się szybkim prowadzeniem Słońc (przez pierwsze pięć minut Bostończycy nie zdobyli punktu i po chwili przegrywali już 23 punktami). Kiedy jednak Ricki Sobers (Suns) oraz Kevin Stacom (Celtics) wdali się w bokserski pojedynek, Celtowie poczuli się jak świnie w korycie i zmniejszyli przewagę do dwóch punktów. Słońca dowiozły (a raczej wywalczyły i okupiły przelaną krwią) zwycięstwo 105-98 udowadniając niedowiarkom, że są w stanie nawiązać walkę z faworyzowanym przeciwnikiem.

Latające pięści, kopnięcia przy wejściach pod kosz i twarda, nieprzepisowa gra w poprzednich trzech meczach dała sędziom do zrozumienia, że muszą przejąć kontrolę nad serią. Przez co już w pierwszych 10 minutach kolejnego meczu odgwizdali 21 fauli. Ten naszpikowany gwizdkami, przerywany i brzydki mecz zakończył się drugim zwycięstwem Słońc, tym razem 109-107.

Rozgrywki sprowadzili się zatem do tego jednego meczu w Bostonie. Red Auerbach był potwornie niezadowolony ze stronniczości sędziów oraz komentatorów CBS, co miało na celu tylko i wyłącznie spowodowanie lekkiego zamieszania przed decydującym spotkaniem i zezwolenie na trochę „fizycznej wolności” (czyt. wbijania łokci i typowego dla Celtów kopania po jajach). A CBS miał wtedy praktycznie władzę absolutną nad NBA. Ponieważ to od ich ratingów zależało, kiedy mają największą oglądalność, to oni decydowali, w jakich godzinach odbędzie się spotkanie. Dlatego mecz piąty odbył się w piątkowy wieczór, tak aby wszyscy kibice z zachodu mieli czas na powrót z pracy do domu i spokojne obejrzenie meczu w telewizji. Gazety również włączyły się w budowanie nastroju przed spotkaniem. New York Times pisał o prawdziwej wojnie oraz o niesamowitej energii, jaka przepełniała Boston Garden. Trener Słońc John MacLeod tak wspominał tamto spotkanie: „Pamiętam pierwszy moment wejścia na parkiet o 9 wieczorem w tamten piątkowy wieczór. Na hali nie było klimatyzacji, było potwornie gorąco, a do tego wszędzie cuchnęło alkoholem, bo kibice Celtów zamiast wrócić po pracy do domów, poszli prosto do pubów, narąbali się, a potem od razu na mecz.”

Stolik komentatorów CBS ustawiony był przy samej linii końcowej. Za mikrofonem siedzieli Brent Musburger oraz Rick Barry, który chwalił się swoimi nowymi włosami oraz klatą, która wylewała się zza całkowicie rozpiętej koszuli. Do klaty przyklejony był wielki krzyż z figurą Jezusa, tak jakby syn Boga miał pomóc mu opędzić się od bostońskich sługusów szatana. Barry w ogóle był świetny, bo odkąd zakończył karierę w Golden State i zaczął pracować jako komentator, nigdy nie odgraniczał swojej zazdrości do Johna Havlicka oraz nienawiści do Celtów od swojej pracy. Jego komentarze często przeciekały nienawiścią do Bostonu tak, jak sos czosnkowy potrafi przeciekać przez palce jak nadgryzie się za dużo knyszy z dworcowej budki (tak, jestem głodny, to raz. Dwa, cholernie tęsknię za tymi knyszami z dworca głównego we Wrocławiu. Nie tymi z korytarza gdzie sprzedawali podrobione perfumy i ruskie lornetki za 3zł, ale z tymi po lewej stronie od głównego wejścia idąc w stronę tablicy informacyjnej. Zaraz za słodyczami i przed kioskiem ruchu. Panie dawały tam najlepszą kombinację ogórka, sałaty, kukurydzy, pomidorów i czerwonej cebuli, do tego zawsze dawały więcej niż 150g gyrosu i co chwila idealnie posypywały smażonymi skwarkami. Tylko koniecznie trzeba było brać bez sosu, bo potem nie dało się nigdzie iść bez usmarowanego białym płynem ryja. Ciekawa historia, to była jedyna knysza oprócz tych sprzedawanych koło Kredki i Ołówka, które starczały na ponad 5 minut w miarę szybkiego jedzenia wielkimi kęsami. Sorry za dygresję, ale naprawdę włożyłbym teraz do ust coś tureckiego pochodzenia ;).

Jak tylko kamera przedstawiła parę komentatorów, skupiła się na środku parkietu, gdzie czekał już, zwarty i gotowy rudowłosy center Celtów. Energia, która elektryzowała całą halą udzielała się wszystkim Bostończykom. Dave Cowens wyskoczył do rzutu sędziowskiego i zbił piłkę do Jo Jo White’a. Jeden z najlepszych meczów w historii Bostońskich Celtów właśnie się rozpoczął. Delektujcie się!

DOWNLOAD

 
Follow @Torontos


NBA

Kategoria: Archeobasketologia, różne, Torrenty - Tagi: boston celtics, NBA

Czwarta kwarta – ranking (2)

sty07
2012
1 komentarz Dawid Księżarczyk

Trochę przeholowałem. Jak się okazało, formuła w excelu nie była tak doskonała jak myślałem i wszystkie wyniki do ogólnego rankingu musiałem liczyć ręcznie. Na szczęście (o dziwo) nie odbiło się to na końcowych wynikach, ani na czasie przedstawienia wyników (o większe dziwo).

Miniony tydzień obfitował w wydarzenia w czwartej kwarcie. Niekwestionowanym liderem był Tracy McGrady, który aż trzykrotnie zanotował spotkania z evalem lepszym niż 10 w ostatnich 12 minutach. Dwukrotnie pojawili się również Anthony, Crawford, Pau  Gasol oraz Dwight Howard (dokładne statystyki poniżej). Pozostali zawodnicy pojawili się tylko raz.

Zestawienie tygodniowe:

Suma zawodników, którzy zanotowali eval +10: 42
Najwięcej punktów zdobytych (suma): 35 (Anthony w dwóch meczach)
Najwięcej zbiórek (suma): 13 (McGrady w trzech meczach)
Najwięcej asyst (suma): 7 (McGrady w trzech meczach)
Największy +/-: 17 (Turkoglu i Thornton)
Najgorszy +/-: -7 (Josh Smith)

W sumie z 42 zawodników, ich dobre występy w ostatnich 12 minutach nie zawsze miały duże znaczenie:
- 15 meczów zakończyło się porażką (największą różnicą -40 punktów, średnia -16,9)
- 27 meczów zakończyło się wygraną (największą różnicą 39 punktów, średnia 13,4)

Ze wszystkich zawodników, tylko 4 brało udział w meczu, który zakończył się różnicą +/- 3 punktów: Rose, Deng, Hickson oraz Thornton.

Oto lista TOP10 z minionego tygodnia:

Jeśli chodzi o ogólny ranking, to też doszło do kilku zawirowań. Przez nieobecność w tym tygodniu, Lebron spadł z pierwszego miejsca, a zamiast niego pojawił się niezwykle aktywny Crawford. Spadek zanotowali też Rose i Anderson. Na liście jednak pojawiło się trzech debiutantów – McGrady, Gasol i Howard. 

Ranking czwartej kwarty TOP 10 – tydzień 2

Ewentualne wnioski będzie można zacząć wyciągać za kilka tygodni. Przyznam się szczerze, że sam nie wiem, dokąd to może prowadzić i czy jakieś ewentualne wnioski będą w miarę wiarygodne. Nie liczę tu buzzerów, a wygrana 4 punktami jest równa porażce -39, tak więc daleko temu do rzetelnej maszyny oceniającej faktyczne znaczenie danego zawodnika w czwartej kwarcie. Ale jak wspomniałem – zabawa przy liczeniu jest przednia (robiliście kiedyś własne tygodniowe listy przebojów tylko po to, żeby zobaczyć, który zespół będzie miał najwięcej punktów i najdłużej utrzyma się na liście? Myślę, że gdybym je robił do dzisiaj, to liczba notowań byłaby niewiele niższa niż lista Niedźwiedzkiego). Tak czy inaczej, dalej staram się nad tym pracować i udoskonalać, żeby w razie czego było w pełni funkcjonalną maszyną od przyszłego sezonu. Wszelkie uwagi mile widziane w komentarzach czy mailach.


Follow @daveknot


NBA

Kategoria: czwarta kwarta

Gran derby dla Realu

sty06
2012
Dodaj komentarz Dawid Księżarczyk

Prawdziwy el clasico jest tylko jeden. Bez Messiego i bez Ronaldo, ale za to z Llullem i Vazquezem. W środę  Real wygrał po zaciętym spotkaniu z Barceloną 78-74 i było to pierwsze ligowe zwycięstwo nad Barcą, odkąd ich trenerem jest Xavi Pasqual (przed spotkaniem Pasqual miał bilans 15-4 przeciwko Realowi we wszystkich rozgrywkach, ale nigdy nie przegrał w ACB). Spotkanie miało być przede wszystkim pojedynkiem jednych z najlepszych europejskich skrzydłowych – Lorbeka i Mirotica, ale to nie oni byli bohaterami spotkania. Pocius (10/3zb), Carroll (16, 3/4 za trzy) i Suarez (11/5zb) zdobyli w sumie 37 punktów dla gospodarzy, co było wystarczającym dodatkiem do 16 punktów i 8 zbiórek Ante Tomicia.  Barca z kolei grała osłabiona brakiem Navarro i Perovica, a grający słabe spotkanie Lorbek (4pkt i 1 zb), był przed meczem na liście kontuzjowanych, z prognozowanym powrotem lada dzień.

Szczegółowy boxscore znajdziecie tutaj, a cały mecz możecie obejrzeć na filmiku powyżej, tak więc pozwólcie, że przestanę pisać o tym, co można wyczytać ze statsów a skupię na się tym, co warto czytać.

Pablo Laso ewidentnie chciał wymusić na Suarezie agresywną postawę wobec Mickaela, który jednak od początku dominował nad Hiszpanem. W ataku Carlos też nie do końca może być zadowolony ze swojego występu: w ciągu całego spotkania można było zauważyć pięć izolacji dla Suareza, które dały Realowi tylko 4 punkty i 2 straty. Ofensywna strategia obrana przez Laso nie była do końca udana, ale wymusiła na Suarezie twardą walkę o każdą piłkę z silniejszym od siebie Michaelem. Z drugiej strony, Barca zagrała 8 izolacji na Pete’a, z których Amerykanin zdobył 10 punktów. Niestety dla Katalończyków, ostatnia izolacja Michaela zakończyła się jego rzutem z półdystansu, który zatrzymał się na obręczy. W sumie, jeśli patrzeć na atak, gracze Barcy zdobyli 28 punktów przy 18 izolacjach, z czego tylko 5 z nich było grane pod PFa i centra. Real zagrał w sumie 15 izolacji, które zamienił na 14 punktów (do izolacji nie można chyba zaliczyć dynamicznych, indywidualnych wejść pod kosz obrońców Realu, prawda? – retoryczne pytanie, odpowiedzi zbędne)

Barca, oprócz tego, że opierała swoją ofensywę na izolacjach w większym stopniu niż Real, nie zapominała o swojej najmocniejszej stronie – pick’n'rollach. Z 74 posiadań piłki, 33 zakończyły się p’n'rem, z czego tylko Huertas był podającym w 21 przypadkach (dla porównania, cały zespół Realu zagrał 23 p’n'r). W sumie w drużynie Barcelony nie było wielkiego zaskoczenia – 64% p’n'r rozgrywanych było przez Huertasa, 24% przed Eidsona i 12% przez Inglesa, natomiast po stronie Realu aż 17 z 23 p’n'r odbyło się między Rodriguezem i Llullem. Jeśli chodzi o to, na ile zdały się obu drużynom p’n'rolle, to Barca zdobyła po nich 30 punktów (na 33 picki, w tym 23 punkty z 21 pnrów rozgrywanych przez Huertasa), Real tylko 15 (na 23).  Ciekawe jest to, że przy większości pnrolli Barcy, to Tomić był tym, który swoimi długimi rękami próbował przeszkodzić w rzucie – stąd jego słaba (jak na niego) aktywność na deskach (tylko 5 zbiórek w obronie). Do tego Ante miał problemy z odpowiednim ustawieniem się do zbiórki i ewidentnie nie wiedział w jaki sposób zachować się przy rollującym N’Dongu (który miał 5 zbiórek w ataku). Swoją drogą N’Dong jest chyba jednym z najbardziej niedocenianych graczy w Europie. Jest doskonałym obrońcą przeciw wysokim pnrollom, świetnym blokującym i o wiele lepszym post-up obrońcą niż Vazquez (który po raz kolejny pokazał, jak bardzo słaby jest w tym elemencie – pozwolił zdobyć przeciwnikom 4 punkty przy dwóch rzutach i popełnił dwa faule w czterech innych sytuacjach. Żeby nie było, że mówię o Franie jako o słabym obrońcy – bo nim absolutnie nie jest. Po prostu, jak każdy, ma swoje mocniejsze i słabsze strony).

Skoro zarówno w izolacjach, grze na deskach i pnrollach Real był gorszy od Barcy, to zwycięstwa podopiecznych Laso trzeba doszukiwać się w innym miejscu. Kluczem do zwycięstwa Realu była umiejętność szybkiego powrotu do obrony i gra z kontry. Barca praktycznie nie istniała w szybkim ataku, z którego zdobyła jedynie 6 punktów w całym spotkaniu. Co innego Real, który zdobył 17 punktów po kontrach, w których w oczy potwornie rzucała się różnica w szybkości między graczami Realu i Barcy. Rodriguez i Llull wykorzystywali zasłony i atakowali ze skrzydeł. Carroll i Pocius wykorzystywali swój drybling i umiejętność szybkiego składania się do rzutu i wiele akcji wykańczali w przedziale 6-10 sekund akcji. Litwin dodatkowo wyróżnił się w obronie, gdzie wyraźnie ograniczył Eidsona, który miał grać główne skrzypce w Barcie przy nieobecności Navarro (tylko 7 punktów, 3/10 z gry i ani jednego rzutu wolnego).

W ACB jest wyjątkowo ciekawie – dawno nie było sytuacji, żeby aż pięć drużyn miało tyle samo punktów na pierwszym miejscu: oprócz Barcy i Realu, mamy także Caja Laboral, Unicaja i Alicante.


Follow @daveknot


NBA

Kategoria: Ligi europejskie

Auerbach uczy: „Czytajcie zasady!”

sty03
2012
2 komentarzy Dawid Księżarczyk

Dzień Św. Patryka w roku 1950 nie był wesołym świętem dla drużyny Boston Celtics. Na ostatni mecz sezonu zasadniczego z nowojorskimi Knicks przyszło jedynie około 700 fanów. Celtowie oczywiście przegrali, zakończyli sezon z bilansem 22-46 i drugi rok z rzędu wylądowali poza playoffami. Na domiar złego ich najpopularniejszym zawodnikiem był Tony Lavelli, nie dlatego, że grał dobrze w kosza, ale dlatego, że w przerwach meczów dostarczał kibicom rozrywki grając na akordeonie.

Celtowie przegrali 11 z ostatnich 12 meczów w sezonie, a właściciel drużyny Walter Brown tylko kręcił głowią z niedowierzaniem patrząc na pustą halę. Po ostatnim gwizdku w sezonie Alvin Doogie Julian oficjalnie zrezygnował ze stanowiska głównego trenera mówiąc: „Jestem za miękki na profesjonalną koszykówkę.” Celtowie byli na skraju bankructwa i desperacko potrzebowali nowego szkoleniowca. Wybór padł na 32 letniego Arnolda Auerbacha, który wcześniej był trenerem Washington Capitols i Tri-Cities Blackhawks. Jego przezwisko „Red” wzięło się z tego, iż we wczesnym dzieciństwie jego włosy miały rudawy kolor. Auerbach był z jednej strony marudnym i strasznie skomplikowanym człowiekiem, a z drugiej doskonałym przywódcą i mentorem dla ludzi. Kiedy tylko otrzymał zapewnienie finansowe ze strony właściciela Celtów, a także całkowitą swobodę przy wybieraniu zawodników, Red obrał kurs na doskonałość.

Jako trener i GM drużyny, Red wykazywał się niesamowitym instynktem w wyszukiwaniu utalentowanych graczy. Nie miał żadnych uprzedzeń. Budował drużynę w tylko jednym celu – aby wygrywać. Było to doskonale widoczne wiosną 1950 roku w trakcie pierwszego draftu, kiedy polecił właścicielowi Walterowi Brownowi wybranie Chucka Coopera z uniwersytetu Duquesne. Problem był taki, ze Cooper był murzynem, a żaden murzyn nie został wcześniej wybrany w drafcie NBA. Dwa lata później Red wybrał w drafcie Gene’a Conley’a, który na co dzień był pitcherem w lidze MLB, a następnie wykorzystał swój dar do przekonywania ludzi i namówił go do uprawiania dwóch sportów.

Poza wyżej wymienionymi umiejętnościami, Auerbach znał na pamięć wszystkie zasady i reguły panujące w NBA. W 1953 roku znalazł dziurę w zasadach draftu, która umożliwiła mu wzięcie trzech zawodników z najlepszego uniwersytetu w kraju (wtedy Kentucky Wildcats). Tymi zawodnikami byli: Frank Ramsey (w pierwszej rundzie). Cliff Hagan (trzecia runda) i Lou Tsioropoulos (piąta runda). Wszyscy trzej zawodnicy wrócili jednak na uniwersytet, aby zagrać ostatni rok na uczelni, a Red powtórzył tą samą sztuczkę w drafcie 1978 roku. W czasie trwania draftu, kiedy Celtowie wybierali kolejnych zawodników Wildcats, Ned Irish (właściciel NYK) krzyczał do Reda: „Nie możesz tak robić!”, na co Arnold z wielką satysfakcją oparł się na krześle i odpowiedział: „Przeczytaj reguły.” Kiedy Irish skończył zaznajamianie się z regułami draftu, pokręcił głowią i wykrzyknął: „Można tak robić!”

W czasie pierwszej połowy lat 1950, Celtom udało się osiągnąć umiarkowany sukces, głównie dzięki zawodnikowi, którego Auerbach nigdy nie chciał – Bobowi Cousy’emu. Kiedy w drafcie 1950 roku Boston wybierał w pierwszej rundzie, zamiast gwiazdy Holy Cross zdecydowali się na Chucka Share’a z Bowling Green. Red obawiał się tego, że fani będą za bardzo domagali się wystawiania lokalnej gwiazdy w pierwszym składzie. Cousy jednak trafił do drużyny po tym, jak Chicago Stags wycofali się z rozgrywek jeszcze przed ich rozpoczęciem, a Bostończycy wybrali go w dodatkowym mini-drafcie.

Celtowie awansowali do playoffów przez sześć sezonów z rzędu, jednak wciąż brakowało im ostatniego kawałka układanki, który pozwoliłby im zdobyć wszystko. Największą wadą drużyny była słaba obrona, która była głównym powodem do odważnej i ryzykownej wymiany. Wszystko zaczęło się przed draftem 1956. Celtowie oddali swoją gwiazdę Eda Macauley’a oraz prawa do Cliffa Hagana do St. Louis Hawks w zamian za … numer trzeci w drafcie. Jak wiemy, ten pick posłużył Redowi do wybrania Billa Russella z uniwersytetu San Francisco. W tym samym drafcie Auerbach wybrał dwóch kolejnych zawodników, którzy za kilka lat będą mogli pochwalić się wyśmienitymi wynikami. W drugiej rundzie, również z UFC, do drużyny trafił K.C. Jones, a następnie, z lokalnego Holy Cross, do zespołu dołączył Tom Heinsohn (o którym też będzie dodatkowy materiał, ale dopiero za jakiś czas). W końcu Arnold miał wymarzony przez siebie skład.

Jak doskonale wiemy, Celtowie zdobyli 9 mistrzostw w kolejnych 10 latach. W trakcie swojej przygody z Celtami, Auerbach zdążył przyzwyczaić wszystkich do tego, że potrafił doprowadzać do szewskiej pasji sędziów, przeciwników, komisarza ligi, fanów Celtów, a nawet swoich zawodników. W całej swojej trenerskiej karierze został finansowo ukarany przez ligę częściej, niż jakikolwiek inny zawodnik. Nie ma się co dziwić, skoro raz uderzył pięścią Bena Kernera, właściciela St. Louis Hawks, w trakcie dyskusji na temat wysokości jednego z koszy. Innym razem dostał reprymendę od właściciela Celtics, któremu z kolei poskarżyli się kibice mający dosyć słuchania przekleństw trenera na ławce. Vince Boryla, zawodnik NYK powiedział kiedyś o Auerbachu: „Nikt nie musi mnie specjalnie motywować do gry przeciwko Celtom. Wystarczy, że spojrzę na tego skurwiela.”

Latem 1965 Red ogłosił zakończenie kariery wraz z końcem sezonu, ale wcześniej chciał jeszcze raz dać możliwość wszystkim swoim „fanom” aby się na nim zemścili. Jak zapowiedział, tak zrobił i od pierwszego gwizdka biegał wokół linii, przeklinał, wyzywał, zdecydowanie za bardzo gestykulował i, co najważniejsze, dalej wygrywał. Jego ostatnim meczem na ławce Celtów było siódme finałowe spotkanie z Los Angeles Lakers. Wchodzimy do meczu 30 sekund przed jego końcem, kiedy wynik na tablicy przedstawiał 95-85 na korzyść Bostończyków. Do Reda powoli zaczynali podchodzić ludzie z zapalniczkami do odpalenia zwycięskiego cygara. Ekstaza na trybunach dodała trenerowi dodatkowej pewności. Zapalił cygaro i zaciągnął się z satysfakcją czekając na końcowy gwizdek. W między czasie, Lakersi po raz ostatni zebrali się w sobie i ruszyli w szaleńczy pościg. Na 4 sekundy przed końcem, Celtowie prowadzili już tylko 2 punktami. Wszyscy zebrani w hali, zawodnicy i kibice, a także fani oglądający spotkanie przed telewizorami nie mogli pozbyć się wrażenia, że Red za chwilę zje ze złości wciąż palące się cygaro. Cygaro, którym przez lata torturował wszystkich swoich przeciwników (mimo, że zawsze oficjalnie mówił, że pali cygara ponieważ kochał ich smak, wszyscy i tak wiedzieli, jaka była prawda [myślnikowa incepcja - po tym jak Auerbach zakończył karierę, NBA wycofało możliwość palenia czegokolwiek na ławce trenerskiej - niekoniecznie ze względów zdrowotnych. Podobno.]) Na szczęście dla wszystkich kibiców bostońskiej drużyny, Lakersi przegrali 93-95 i kolejne mistrzostwo powędrowało do Celtów. Red został zniesiony na rękach przez setkę fanów, którzy w euforii wbiegli na parkiet. W szatni, rozebrany jedynie do podkoszulka Auerbach został wrzucony pod prysznic – co było tradycją w drużynie. Do końca dnia zostało wypalone niejedno cygaro…

Auerbach, już na emeryturze, został poproszony o prowadzenie drużyny wschodu podczas meczu gwiazd w 1967 roku, ale już w pierwszej połowie został wyrzucony przez sędziów (co było jedynym przypadkiem usunięcie trenera podczas meczu gwiazd w historii). Siedem lat później, w zastępstwie chorego trenera Celtów Tommy’ego Heinsohna, zgodził się ponownie poprowadzić drużynę w jednym meczu. Podczas tego meczu wdał się w następującą wymianę zdań z sędzią Richim Powersem:

Red:” Richie, ten gwizdek był gorszy od kurzego gówna!”

Powers: „Przewinienie techniczne dla Auerbacha!”

Red: „A wiesz, że dalej masz królicze uszy?”

Powers: „Masz całkowitą rację [ drugi techiczny] Wynoś się stąd.”

Red: „Za co to? Przecież ani razu nie przeklnąłem!”

Powers: „A kurze gówno?”

Red: „To nie jest przekleństwo.”

Auerbach, w swoim pociągu do zwycięstw nie oszczędzał nikogo – przeciwników, własnych zawodników, pracowników klubu czy kibiców. Raz za jego sprawą zwolniono wieloletnego zegarowego Tony’ego Nota, którego wolna ręka przyczyniła się do straty punktów przez Celtów. Trener był tak rozwścieczony, że podbiegł do stolika sędziowskiego, uderzył go z całej siły w twarz i zwolnił przy pełnej hali kibiców (Nota odzyskał pracę szybko, bo już następnego dnia). Tego typu porywcze zachowanie był znienawidzone nawet przez jego własnych zawodników. Jim Loscutoff, były zawodnik Celtów, zapytany o podejście do swojego dawnego trenera odpowiedział: „Nie mogłem się doczekać momentu, aż przestanę grać w koszykówkę i będę mógł mu w końcu przypieprzyć.” To się jednak nigdy nie stało. Zamiast tego, Loscutoff zaczął wierzyć w swojego genialnego trenera. Ponieważ, gdyby nie porywczość Reda, wielu zawodników pokroju Loscutoffa mogłoby nigdy nie być częścią najbardziej utytułowanego klubu w historii NBA.

Po zakończeniu kariery trenerskiej, Red przyjął posadę GMa klubu. Siedział za masywnym biurkiem, na którym stały otwarte opakowania po chińszczyźnie, w ręku miał zawsze cygaro. Jego praca polegała na tym, żeby rozmawiać z innymi managerami klubów, którzy byli naiwni na tyle, że mieli nadzieję na wynegocjowanie lepszych warunków niż on proponował. Kiedyś, w momencie lekkiej zadumy, Red powiedział o sobie: „W sumie to wydaje mi się, że dobrze się spisałem – nawet jak na kolesia, który nigdy nie trafił do kosza.”


Follow @daveknot


NBA

Kategoria: Archeobasketologia, Celtics

Euroliga TOP16: Grupa F

gru31
2011
Dodaj komentarz Dawid Księżarczyk

W grupie F spotkają się:
1. Real Madryt (8-2)
2. Montepaschi Siena (8-2)
3. Unicaja (4-6)
4. Gescrap BB (5-5)

1. Kto awansuje dalej?

Walka o pierwsze miejsce w tej grupie będzie niesamowicie zacięta z jednego powodu – zwycięzca uniknie (najprawdopodobniej) rywalizacji z CSKA Moskwą w fazie playoff. Zamiast tego, wygranym przyjdzie spotkać się albo z Efesem, albo z Olympiakosem. Stawiam, że tym szczęśliwym zespołem będzie Siena – McCalebb wraca po kontuzji i dodatkowo wzmocni obwód, gdzie i tak grają już Rakocevic i Aradori. Myślę, ze jak tylko włosi się zgrają i przyzwyczają do obecności Boba na parkiecie (po tych trzech meczach nieobecności), to będą mieli duże szanse na awans do Final Four. Z drugiego miejsca typuję awans Realu, który stworzyłby ekscytującą parę z CSKA w następnej rundzie.

2. Kto będzie MVP grupy?

Zdecydowanie Bob McCalebb, który był w wyśmienitej formie przed kontuzją (prawie 18 punktów na mecz, 71% skuteczności za 2 i 10/15 w trójkach). Nawet bez niego w drużynie, Siena jest potwornie trudnym zespołem do pokonania. Z nim na parkiecie udział w Final Four powinien być raczej pewny.

3. Kto może być czarnym koniem grupy?

Ciężko cokolwiek pisać na temat czarnego konia w grupie, gdzie spotykają się aż trzy hiszpańskie drużyny. Gdybym jednak miał na kogoś stawiać, to na Unicaję. Szkoda by było, gdyby kolejny sezon zakończyli na etapie TOP16. Freeland i Zorić odwalają kawał dobrej roboty pod koszami i należy im się posmakować emocji playoffów. Trener Mateo ma iście wybuchową mieszankę talentu w zespole i może właśnie przez to są tak nieprzewidywalni.

Nic nie pisałem o „Facetach z czerni” z Bilbao, ponieważ dla nich sukcesem jest awans do TOP16. Gescrap dopiero buduje swoją markę w Europie, a brak doświadczenia był widoczny szczególnie w końcówkach dotychczasowo przegranych meczów (4 z 5  z nich przegrali różnicą mniejszą niż 10 punktów). Dodatkowo, warto trzymać kciuki za znanego we Włocławku Janisa Blumsa.


Follow @daveknot


NBA

Kategoria: Euroliga

Czwarta kwarta – ranking (1)

gru31
2011
1 komentarz Dawid Księżarczyk

Czwarta kwarta jest wyjątkowa. To 12 minut, które determinuje Twój charakter i stawia Cię w gronie cieciów (Vince Carter lub Karl Malone), albo Bogów (MJ, Wade). To czas, w którym nadrabiasz stratę w szaleńczym pościgu i kończysz jak bohater, albo opuszczasz głowę i schodzisz z parkietu pokonany.

To przez tą wyjątkowość czwartej kwarty, zdecydowałem się na robienie codziennie drobnych kalkulacji i podsumowań. Zastanawialiście się kiedyś, kto jest najlepszym zawodnikiem w ostatnich 12 minutach meczu, czy po prostu idąc za instynktem, dawalibyście grać swoim największym gwiazdom w zespole? Zobaczcie jak prezentuje się lista liderów NBA tylko i wyłącznie w czwartych kwartach (zestawienie obejmuje wszystkie mecze od początku sezonu do dzisiejszej nocy).

Jeszcze kilka słów wyjaśnień. Pod uwagę brałem tylko i wyłącznie zawodników, których EVAL w kwarcie wyniósł nie mniej niż 10 (eval: (pkt+as+zb+przech+blok+celne z gry+celne wolne)-(straty+oddane z gry+oddane wolne). Dodatkowo, jeśli dobry występ zawodnika w przyczynił się do wygranej 1,2 lub 3 punktami, dostawał bonus w postaci dodatkowych 50% swojego EVALA. Na przykład Melo, który przeciwko Bostonowi w czwartej kwarcie rzucił 17 punktów i miał eval 16, w rankingu będzie miał 24 punkty (+50% evala za wygraną NYK 106-104).

Nie jest to żaden wyznacznik genialności zawodnika, ale czysta zabawa. Tak więc proszę o ograniczenie komentarzy o bezcelowości tego przedsięwzięcia, gdyż i tak będzie ono kontynuowane (uwielbiam jak ktoś ze mną rozmawia i mówi gdyż: „Proszę o ciszę, gdyż ADM do mnie dzwoni”).

Oto lista TOP 10 liderów czwartych kwart po pierwszym tygodniu (obrazek się powiększy po dwóch klikach):

Legenda:
1. Pogrubieni zawodnicy dwa razy w tygodniu zagrali czwarte kwarty z EVALem większym niż 10: James, Andresron, Deng i Crawford.

2. Podany EVAL jest taki sam jak RKG (ranking), co oczywiście jest moim błędem i się nie powtórzy w przyszłości. EVAL Lebrona wyniósł 22, ale dostał dwukrotnie 50% bonusu za to, że Heat wygrywali minimalną różnicą punktów – stąd RKG 33. EVAL u Melo wygląda natomiast tak, jak ma być :)

3. Wszystkie dane z tabeli będą sumowane do końca sezonu zasadniczego, a lista będzie uaktualniana. Jedyne uśrednione dane to +/-, który wolałem żeby wyrażał przeciętną wartość zawodnika w czwartej kwarcie, a nie sumę.

4. Nie mam niestety czasu, żeby bawić się jeszcze dodatkowo z dodawaniem bonusów punktowych za wygrane na wyjeździe, czy z niżej/wyżej notowanymi zespołami. Ranking nie rozróżnia także tego, czy dzięki 14 punktom zawodnika w czwartej kwarcie jego drużyna wygrała +4 czy też przegrała -10. Chociaż nie ukrywam, że marzy mi się przygotowanie takiego skryptu, który brałby wszystkie drobne czynniki pod uwagę (kto wie, może ta wersja ewoluuje do takiej postaci za rok).

5. Zastanawiam się nad publikowaniem dziennych zestawień przed tygodniowym rankingiem, żeby był lepszy wgląd na pojedyncze spotkania. Zobaczę na ile czas mi pozwoli. Póki co, wielbiciele koszykarskich tabelek – bawcie się (kolorowe i zajawkowe coming soon).

6. Zwróćcie uwagę na to, że najlepszym strzelcem i drugim zbierającym w czwartych kwartach po pierwszym tygodniu jest Ryan Anderson :)


Follow @daveknot


NBA

Kategoria: czwarta kwarta

Euroliga: TOP16 grupa E

gru30
2011
2 komentarzy Dawid Księżarczyk

Powoli zaczynamy odliczanie do kolejnej fazy grupowej Euroligi. Do poniedziałku postaram się przygotować krótką prezentację czterech grup, wraz z najważniejszymi informacjami o zespołach. Mam nadzieję, że dzięki temu część absolutnych-fanów-wyłącznie-NBA chociaż rzuci okiem na to, co dzieje się w najlepszej europejskiej koszykówce.

W grupie E spotkają się:
1. CSKA Moskwa (10-0)
2. Olympiacos Pireus (6-4)
3. Anadolu EFES (5-5)
4. Galatasaray Medical Park (4-6)

1. Kto awansuje dalej?

Nie widzę takiej możliwości, aby CSKA Moskwa nie zajęła pierwszego miejsca w tej grupie. Rosjanie są póki co jedyną niepokonaną drużyną w Eurolidze, a grupę B wygrali bez żadnego problemu (średnio różnicą ponad 14 punktów). Prowadzeni przez Milosa Teodosicia (średnio 10pkt i 6 asyst na mecz) oraz Nenada Krsticia (15,5 pkt i 7 zbiórek) grają koszykówkę niezwykle przyjemną dla oka – szybką i zespołową (średnio ponad 20 asyst na mecz). Dodatkowo Rosjanie mają bardzo głęboką ławkę i udowadniają w każdy meczu, że ponownie są faworytami do wygrania całego turnieju, nawet bez Andreja Kirilenki, który jak wiemy zdecydował się na powrót do NBA po zakończeniu lockoutu.

Na drugiem miejscu promowanym awansem do Madrytu stawiam EFES, dla którego jest to 10 wizyta w TOP16 w ostatnich 11 latach. Turcy są w tym roku wyjątkowo zmotywowani i jak zwykle prezentują się bardzo dobrze w defensywie. Trener Sarica ma dwóch go-to-kolesi – Sashę Vujacicia (13,2 punktów na mecz) oraz Dusko Savanovica (10,6 punktów), którzy robią wszystko aby wypełnić brak Ersana Ilyasovy, który wraz zakończeniem draftu wrócił do Milwaukee. Turcy będą jeszcze mocniejsi, jak do zdrowia wróci najlepszy strzelec zespołu Tarence Kinsley (15 punktów na mecz w trzech rozegranych do tej pory meczach).

2. Kto będzie MVP grupy?

Z jednej strony nie widzę innej opcji jak pełnej dominacji Nenada Krsticia pod koszami. Serb jest jednym z kandydatów do MVP turnieju i dlatego też nie ma innego wyjścia jak zdominować kosze również w TOP16. Z drugiej strony, jeśli ktoś się lubuje w niespodziankach, to na bohatera może wyrosnąć Spanoulis, który już ma na swoim koncie zdobycie nagrody MVP Final Four. Grek ma niesamowicie duży wpływ na grę Olympiacosu i jak tylko za jego dobrymi statystykami przyjdzie awans Pireusu do fazy play-off, to Vassilis na pewno zostanie odpowiednio nagrodzony.

3. Kto może być czarnym koniem grupy?

Jeśli ktoś ma odprawić z kwitkiem Rosjan, to będzie to Galatasaray. Turcy są niezwykle ciężkim zespołem do ogrania u siebie, co pokazali już między innymi prawie ogrywając Barcelonę w poprzedniej fazie rozgrywek. Główną zaletą Galatasaray’u jest zbilansowanie ataku – aż 7 zawodników zdobywa średnio między 6 a 10 punktów. Do tego na próżno szukać w zespole chociaż jednego zawodnika, który zacząłby w piątce w każdym z meczów. Prowadzeni przez doświadczonego (i nieco szalonego) Jakę Lakovicia Turcy na pewno nie będą chłopcami do bicia. Niestety, póki co Słoweniec zawodzi na całej linii i obok kilku przebłysków gra zdecydowanie poniżej oczekiwań. A to nie wróży zbyt dobrze, zważywszy na to, że prawdziwe rozgrywki zaczynają się dopiero w styczniu.

Terminarz spotkań:
18/01/2012
:  Olympiacos – CSKA | Efes – Galatasaray
25/01/2012: Galatasaray – Olympiacos | CSKA – Efes
01/02/2012: CSKA – Galatasaray | Olympiacos – Efes
08/02/2012: Galatasaray – CSKA | Efes – Olympiacos
22/02/2012: CSKA – Olympiacos | Galatasaray – Efes
29/02/2012: Efes – CSKA | Olympiacos – Galatasaray


Follow @daveknot


NBA

Kategoria: Euroliga

Zdrowych i wesołych Świąt

gru24
2011
Dodaj komentarz Dawid Księżarczyk

Coooraz bliżej sezon, coooraz bliżej sezon… nie mogę się uwolnić od reklamy Coca-Coli od samego rana (błędem było jednak tworzenie świątecznego klimatu i ustawienia jej jako dźwięk budzika). Ponieważ mamy Wigilię, chciałbym na szybko podzielić się swoimi życzeniami. W tym roku, kieruję je do trzech drużyn, które są mi najbliższe.

1. Milwaukee Bucks

- Bez zaskoczenia na miejscu pierwszym. Kozłom życzę przede wszystkim zdrowia przez cały sezon. Po pierwszych ostrych treningach i meczach przedsezonowych, na ostre bóle pleców skarży się już Bogut (który opuścił dwa treningi z rzędu), Delfino pokręcił nadgarstek (ale na rozpoczęciu zagra), Jackson skarży się na dysk, Mbah a Moute stracił kolano, a Tobias Harris nie wytrzymał ostrego reżimu treningowego i się biedak odwodnił.

- Drugie życzenie będzie ciężkie do spełnienia za wodzą Skilesa, ale spróbować mimo wszystko można. Życzę Wam, Koziołki, żebyście nie byli w końcu na szarym końcu pod względem gry w ataku. Żeby ofensywa nie polegała tylko na drętwym bieganiem po strzałkach Xami między „O”brońcami, ale żeby pojawiło się miejsce na improwizację i odrobinę szaleństwa. Niech obrona dalej będzie waszym priorytetem, ale dodatkowo pozwólmy Skilesowi być pierwszą drużyną w jego karierze, która jest w TOP20 ofensywnych drużyn w lidze.

- Skilesowi życzę dodatkowo, żeby w końcu znalazł jakieś wyjście wystawienia pierwszej piątki, bo póki co zanosi się na częste roszady w wyjściowym składzie. Ale nie ma się co dziwić, skoro o jedno miejsce rywalizują Jackson, Delfino, Mbah, czy Dunleavy. W świetle braku jakiegokolwiek wartościowego zmiennika dla Boguta, życzę też naszemu trenerowi dobrego dysponowania minutami, żeby w tym skróconym sezonie nasz australijski kaleka nie wypadł z obiegu już po 10 spotkaniach.

2. Chicago Bulls

- Byki mają jeden z najmocniejszych składów w tym sezonie i są moimi cichymi faworytami nie tylko do wygrania wschodu, ale i do powalczenia o mistrzostwo. Dlatego nie pozostaje nic innego, jak życzyć szybkiego i idealnego dopasowania się do zespołu RIPa, który w końcu będzie spełniał rolę typowej dwójki, której tak potwornie brakowało w zeszłym sezonie.

- Joakimowi życzę zdrowia, żeby, podobnie jak Bogut, w końcu zagrał pełen sezon. Jego zeszłoroczna absencja na 10 dni z jednej strony pozwoliła odkryć potęgę ławki Bulls, ale z drugiej strony, nie widzę podstaw, dla których mielibyśmy to powtarzać w skróconym sezonie. Noah ostro przepracował lato i liczę, że zobaczymy to na meczach (szczególnie interesuje mnie, jak udała mu się praca z rzucaniem z odległości dalszej niż 50 cm od kosza).

- Ławce Byków życzę utrzymania energii i efektywności z minionego sezonu. Niech CJ, Kyle, Taj, Omer czy Ronnie regularnie wnoszą coś wartościowego z ławki. W tym roku będzie to szczególnie ważne, bo Byki nie będą miały trzech dni wolnego aż do marca przyszłego roku, a na dodatek na przełomie stycznia i lutego mają morderczą, 9 dniową wyprawę po całym wschodnim wybrzeżu (i nawet wyjazd do sąsiedniego Milwaukee będzie męczący). W styczniu czeka nas też back-to-back-to-back. Tak więc dobra dyspozycja rezerwowych i wsparcie podstawowych graczy będzie kluczowe w tym ciężkim okresie.

- Jimmy. Jimmy Buttler. Mimo, że przyszedłeś do nas dopiero pod koniec pierwszej rundy, wierzę, że możesz mieć szybki wpływ na grę zespołu. Szczególnie życzę Ci tego, żebyś potrafił dopasować się do systemu Thibodeau tak, jak przez cztery lata pasowałeś do gry w Marquette. Pamiętaj, pomijając Walkera, Irvinga, Fredette’a, czy Knighta, jesteś moim kandydatem do zrobienia niemałej niespodzianki przy końcowym ocenianiu debiutantów.

- No i na koniec Rose. Derrickowi życzę tylko tego, żeby utrzymał swój MVP poziom z poprzedniego sezonu i poprawił go dodatkowo o te $94 miliony w pięcioletnim kontrakcie. Zapewniając mu całkowicie zaplecze finansowe, Byki w końcu doprowadziły do sytuacji, że lider drużyny może myśleć o jednej rzeczy – mistrzostwie. Nie oczekuję jednak od niego, że będzie dominował tak, jak w zeszłym sezonie, ale życzę mu przede wszystkim umiejętności brania gry na swoje barki w najtrudniejszych momentach sezonu.

3. Boston Celtics

- Bostończykom życzę tylko tego, aby ludzie dalej w nich nie wierzyli. Wielka trójka nie otrzymała w tym roku takiego wsparcia, na jakie się zanosiło, ale to dalej jest ten sam trzon, który zdobył mistrzostwo.  Oby granie bez presji, kiedy mało kto stawia ich w roli faworytów (i słusznie) do mistrzostwa, pozwoliło im wykrzesać z siebie dodatkowe pokłady energii i wywalczenia jeszcze raz dobrego miejsca na wschodzie. I oby nie skończyło się tylko na 8 miejscu w konferencji.

A naszym lokalnym koszykarzom, fanom, dziennikarzom, blogerom, czytelnikom, słuchaczom, podcasterom i wszystkim innym koszykarskim zboczeńcom życzę udanych, spokojnych i rodzinnych Świąt. Oby udało Wam się przekonać rodziny do tego, że niedzielny wieczór od 18:30 warto spędzić oglądając co najmniej trzy mecze pod rząd, zamiast ślęczenia przed Polsatem i innym TVN. Smacznego karpia, pysznych uszek i nie za głośnych kolęd. To tyle póki co ode mnie, bo od prawie godziny powinienem już być w kuchni bawiąc się barszczem i krokietami. Bis Morgen!


NBA

Kategoria: Bucks, Bulls, Celtics

9 rzeczy, na które czekam…

gru19
2011
2 komentarzy Dawid Księżarczyk

Odkąd skończył się lockout i zaczęły się plotki typu: „gdzie zaraz zagra (tu wstaw nazwisko swojego ulubionego zawodnika)”, nie mogę przestać myśleć o tych tematach, które są póki co ignorowane, albo uciszane. Co z tymi drużynami, które zaczęły się przebudowywać? Który trener poleci jako pierwszy w sezonie? Kto będzie tegorocznym czarnym koniem, jak Memphis w zeszłym sezonie? Gdzie tym razem dojdą moje przebudowane Kozły? Popatrzcie na listę rzeczy, które będą wyjątkowo interesujące w sezonie 2011/12

1. Czy Chris Paul i Blake Griffin będą najbardziej zabójczym duetem w lidze?

Wiem, wiem, macie już dość czytania o CP3 i nagłej dominacji Clippersów w Los Angeles. Ja też już nie mogę o tym myśleć. Ale jakby na to nie patrzeć, duet CP3/Griffin wydaje się być co najmniej tak dobry, jak Nash i Amare. Ten drugi nie miał nigdy problemów, zeby złapać podanie z wysokości 3,5 metra, natomiast Steve zawsze znalazł sposób, zeby jakoś obsłużyć swojego podkoszowego potwora. Aby ich zatrzymać, nie wystarczyło wystawić dwóch obrońców – oni zawsze absorbowali całą defensywę i bezlitośnie wykorzystywali każdy błąd w kryciu.

CP3 jest tak dobry w pick’n'rollach jak Nash, a Griffin ściąga piłki z jeszcze wyższego piętra niż Amare. Dodajcie do tego dobrych strzelców z dystansu i nagle dostaniecie ofensywę, która będzie topiła niejedną obronę. A potem poczekajcie chwilę, aż Griffin nauczy się rzucać z półdystansu jak Amare…

2. Kto będzie czarnym koniem tego sezonu?

Skłamałbym, gdybym nie marzył o Bucks. Niestety, nie w każdym sezonie możemy zobaczyć młodą drużynę, która równie niespodziewanie, jak rok temu Memphis, gra niesamowicie twardą defensywę i jest największym pozytywnym zaskoczeniem playoffów. Nie chcę też po raz kolejny pisać o Clippersach – wzmocnili się niesamowicie przed tym sezonem i oczekiwania wobec tej drużyny tak potwornie wzrosły, ze ewentualny brak sukcesu w playoffach zostanie odebrany raczej jako rozczarowanie.

Dalej mamy Houston, którzy co prawda stracili Hayesa, ale Thabeet i Hill mają duży potencjał defensywny, który pewnie zostanie rozwinięty pod skrzydłami McHale’a. Brakuje im centra i skrzydłowego, ale jak uda się zapełnić lukę, to Rakiety będą mogły zaskoczyć.

Nie można pominąć też Indiany, która po dodaniu Westa stawiana jest wśród ekspertów jako największy czarny koń. Nie ulega wątpliwości, że napewno przyjemnie będzie się ich oglądało, zwracając szczególną uwagę na rozwój Paula George’a.

Wrócę jeszcze do Bucks. Z czystej przekory, a nie z hurra optymizmu. Kozły zasłużą na odrobinę miłości jeśli w końcu zaczną grać nieco w ataku. A do tego potrzebne jest przede wszystkim zdrowie i brak kontuzji w całym sezonie. Jackson niewątpliwie doda dużo agresywności i skuteczności w ofensywie, a Jennings powinien znowu grać pierwsze skrzypce w zespole.  Jak dla mnie, skład Bucks wygląda w tej chwili o wiele lepiej niż rok temu, stąd też liczę na o wiele lepszy wynik niż w poprzednim sezonie.

3. Co pokaże Lebron?

James zawiódł w finałach potwornie. Nie brał gry na siebie, znikał w końcówkach, był bardziej sflaczały niż Bosh. Ciekawi mnie na ile niepowodzenie z finałów odbije się na jego psychice i jak szybko Lebron będzie w stanie być dawnym sobą, kiedy mecz o najwyższą stawkę będzie na styku?

4. Co z Blazers?

Widzicie Miami bez Wade’a i Lebrona? Albo Lakers bez Bryanta czy Gasola? Pomimo różnicy w klasie zawodników, skutki braku tych zawodników były takie same, jak w przypadku Blazers bez Odena i Roy’a. Czy będą w stanie znaleźć jakąś gwiazdę do pomocy Aldrige’owi? Czy zaczną od nowa mozolne budowanie składu czekając na draft?

5. Kto już myśli o loterii?

Skoro o drafcie mowa – czy widzicie już jakieś drużyny, które myślami są przy drafcie? Na pierwszym miejscu są oczywiście Hornets, dla których zawodnik z TOP3 byłby na pewno najszybszą receptą na zapomnienie o CP3. Oprócz tego wspomniani powyżej Blazers. Dodatkowo wyjątkowo osłabieni z kiepskimi możliwościami do przebudowy wyglądają Phoenix, natomiast dodanie jakiejś gwiazdy w Utah, Toronto czy Waszyngtonie, od razu zrobiłoby z tych zespołów ekipę walczącą o miejsca 4-7 w swoich konferencjach.

6. Czy nasi ligowi emeryci jeszcze raz zadziwią?

Duncan. Nash. Hill. Starzenie się korzykarzy jest straszne, szczególnie, jeśli darzy się ich sympatią. Rok temu byli waznymi elementami swoich zespołów, ale czy będa w stanie spełnić oczekiwania w tym roku? Czy czeka nas kolejny sezon, w którym kręcimy z niedowierzaniem głową patrząc na ich grę, czy też może nagle zaliczą drastyczny spadek formy?

7. Kto przejmie koronę pierwszeństwa w Los Angeles?

Czy rywalizacja Clippers-Lakers jest w stanie przebić w tym roku walkę Lakers z Celtami? Czy Kobe po raz kolejny zaciśnie zęby i udowodni, że Los Angeles to nadal jego miasto, czy też odda palmę pierwszeństwa nowo przybyłemu Paulowi? Nie zapominajcie o tym, że Chris jest równie chory na punkcie współzawodnictwa jak Kobe, co dodatkowo dodaje smaczku. Jako fan wschodniej konferencji nie nastawiam się za bardzo na regularne oglądanie którejkolwiek z ekip z Los Angeles. Warto jednak będzie co jakiś czas popatrzeć, jak sytuacja się rozwija.

8. Czy Minnesota w końcu zacznie grać jak zespół z NBA?

Wilki stały się juz rok temu jedną z drużyn, które najczęściej oglądałem. W tym roku ilość talentu, który przewija się w drużynie powoduje, że nie można wobec nich przejść obojętnie. Ciekawe, co Adelman będzie w stanie zrobić z tymi młodymi chłopakami i jak wiele łez będzie musiało zostać wylanych, żeby ktoś spoza Minnesoty zaczął szanować tą drużynę. Jak uda się dobrze poukładać klocki, to przed T’Wolves całkiem ciekawa przyszłość.

9. Co z Supermanem?

Na koniec zostawiłem Howarda, bo póki co najmniej o nim myślę. Poza tym, nie lubię przedsezonowych melodramatów. Nie ma drugiego zawodnika w NBA, który miałby tak wielki wpływ na nową drużynę. Styl każdej drużyny można bardzo szybko i bardzo łatwo dopasować do Supermana. Coś mi jednak mówi, ze Dwight zostanie jednak w Orlando i całe gadanie o przejściu do Nets, Mavs czy Lakers będzie można w końcu odsunąć w niepamięć.

Follow @daveknot


NBA

Kategoria: offseason2011

„Czy jesteś zbawicielem?”

gru09
2011
4 komentarzy Dawid Księżarczyk

5 kwietnia 1976 prawnik Ted Landsmark był w drodze na spotkanie w ratuszu, w czasie którego miał omówić prawo do pracy czarnoskórej mniejszości na budowach. Sam był murzynem, co dodatkowo motywowało go do poprawienia fatalnej sytuacji w Bostonie, w szczególności w szkołach publicznych. Ted jak zwykle podróżował pomarańczową linią metra i wysiadł dopiero w samym centrum, na stacji State Street.  Gorące promienie słońca połączone się z delikatną bryzą witały każdego z podróżnych, którzy wychodzili z podziemia. Pogoda była wystarczającą ciepła żeby nie brać kurtki, ale na tyle zimna, że większość żałowała, że jej nie wzięła.

State Street była finansowym centrum Bostonu, wszędzie widać było spieszących się panów w garniturach z Wall Street Journalem pod pachą. Inni mieli ze sobą torby zakupowe i szybkim krokiem kierowali się południe na Washington Street, żeby zdążyć na przeceny w Filene Basement albo żeby po prostu pooglądać wystawy wielu sklepów jubilerskich, które zdobiły całą długość ulicy. Tego poniedziałkowego ranka Landsmark należał do  tego pierwszego grona. Ubrany w trzyczęściowy, niebieski garnitur i elegancki krawat zawiązany w stylu Windsor, mocno zamyślony i ze spuszczoną nieco głową pędził na zbliżające się spotkanie.

                Wcześniej tego samego dnia setki białych studentów spotkało się z urzędnikami w ratuszu aby wyrazić swój sprzeciw w sprawie dopuszczenia murzynów do korzystania z „białych autobusów”. Po zakończeniu rozmów, wszyscy wyszli na ulicę i udali się w kierunku metra. Nie minęło kilka chwil, a niczego nie spodziewający Ted Landsmark stanął naprzeciwko niezorganizowanego tłumu. Sam widok Teda rozpalił w studentach ogień, którego nie dało się opanować.

                „Tam jest czarnuch!!” albo „Brać asfalta!!” to tylko niektóre z epitetów, które nagle zaczęły wypełniać i tak zatłoczoną ulicę w centrum miasta. Nagle, niewielka część studentów odłączyła się od grupy i udała w kierunku samotnie idącego prawnika. Zaciśnięta biała pięść wbiła się z ogromną siłą w zaskoczoną twarz Landsmarka. Drugie uderzenie złamało mu nos i zrzuciło okulary z nosa. Napastnicy nie przestawali, a kiedy Tom osunął się na chodnik, studenci zaczęli go kopać po całym ciele. Leżąc na brzuchu z krwawiącą twarzą przytuloną do zimnego chodnika, Landsmark znalazł się nagle w innym świecie. Obrazy zaczęły się przesuwać przed oczami klatka po klatce, tworząc pozrywane fragmenty rzeczywistości wypełnione niewyobrażalnym bólem i cierpieniem. Nie wiedział, jak długo leżał na ziemi. Kiedy w końcu się podniósł i założył z powrotem okulary, był prawie nieprzytomny. Nie wiedział, co się wokół niego dzieje i nie był świadomy obecności samotnego protestanta, który stał praktycznie naprzeciw niego. Napastnik opierał na ramieniu metalowy słup, do którego była doczepiona amerykańska flaga. Ta sama, za którą oddało życie prawie 7000 obywateli na Wyspie Siarki. Ta sama, która wytrzymała bombardowanie Fortu McHenry i zainspirowała Scotta Key’a do napisania słynnego fragmentu hymnu: „O’er the land of the free and the home of the brave” (ponad krajem wolnych, ojczyzną dzielnych ludzi). Tego dnia, ponad 100 lat po zakończeniu wojny domowej, gwieździsty sztandar nie był inspiracją do patriotycznych czynów. Zamiast tego, pasy i gwiazdy  służyły do przenoszenia przemocy.

                Trzeba zdać sobie sprawę z tego, że przed Tedem Landsmarkiem nie stał tylko jeden zdenerwowany dorosły człowiek, który działał pod wpływem impulsu. Kiedy wielki maszt uderzył w Teda, można było usłyszeć echa desperackich, sfrustrowanych i nietolerancyjnych głosów, które nie mogły znaleźć żadnego ujścia przez wiele lat. Był to moment, który na zawsze wpisał się w historię Bostonu jako jeden z najbardziej haniebnych. Oto Boston, miasto, które dwieście lat temu było symbolem wolności i swobód obywatelskich, teraz stało się miejscem, w którym największy państwowy symbol został użyty jako narzędzie służące do niesienia nienawiści.    Atak co prawda trwał kilkanaście sekund, ale jego skutki będą odczuwalne przez lata. Landsmark spojrzał na swój garnitur, zobaczył plamę i zdał sobie sprawę z tego, że krwawił.

                Jak to zwykle w USA była, świadkiem tego wydarzenia był fotograf pracujący dla Boston Herald – Stanley Forman. Jedni mają dar jak Inzaghi czy van Nistelrooy, żeby zawsze znaleźć się w odpowiednim miejscu pod bramką i dostawić nogę, drudzy łapią alley-oopy na wysokości trzeciego piętra, a jeszcze inni potrafią się znaleźć w odpowiednim miejscu o odpowiedniej porze i w dodatku mieć aparat w pełnej gotowości do działania. Nie muszę dodawać, że następnego dnia,  zdjęcie które widzicie powyżej można było oglądać na pierwszych stronach prawie wszystkich gazet w Stanach Zjednoczonych, a Boston nie mógł już ukrywać swoich mrocznych sekretów przed resztą świata.

* * *

             Mężczyzna popatrzył z góry na swoich słuchaczy i powoli zbierał myśli. Minęły już dwa lata odkąd po raz pierwszy zaczął budować swój wizerunek w mieście. Kiedy po raz pierwszy się tu pojawił i usiadł przy mikrofonach, słyszał tylko pytania o to, czy jest zbawicielem. Problem w tym, że nigdy się za niego nie uważał. Był po prostu zwykłym, prostym człowiekiem z niezwykłym darem przemawiania zarówno do królów jak i do prostych ludzi. Ciężka praca doprowadziła go to tego kulminacyjnego momentu. Po części zadowolony ze swojej pozycji, a z drugiej strony dalej skromny, był gotowy przemówić do swojego ludu. Zgromadzeni dziennikarze zaczęli się wzajemnie uciszać. Kiedy Zbawiciel upewnił się, że cała uwaga jest skupiona wyłącznie na nim, oznajmił: „Patrzę na was i do głowy przychodzi mi tylko jedno zdanie na określenie naszego całego sezonu: Moses to dupek!” Po tych słowach Larry Bird na zawsze zdobył dozgonną sympatię bostończyków. Przemówił do ludzi ich codziennym, prostym językiem. Oczywiście, media krzywo patrzyły na takie wulgaryzmy na antenie, a edytorzy robili wszystko, żeby zmienić jego wypowiedź w gazetach, ale na szczęście nie byli oni w większości. Przez ostatnią dekadę kilka osób mówiło całemu społeczeństwu jak się zachowywać, gdzie chodzić i co mówić. Rany, które miały się leczyć, były systematycznie rozdrapywane. Przez stulecia, Boston był uważany za miasto tolerancji i wolności, ale z biegiem czasu wypadało z torów. Ludzie mieszkający poza granicami miasta oglądali wiadomości i z niedowierzaniem kręcili głowami nie mogąc uwierzyć, że miasto jest tak blisko katastrofy.

Na szczęście jednak Boston jest miastem, którego kręgosłup stanowią wolność i równość.

Boston zawsze był elastyczny.

Boston zawsze znalazł sposób, aby wznieść się na wyżyny.

Dziesiątki tysięcy kibiców zebrało się w jednym miejscu, żeby tego pięknego majowego popołudnia 1981 roku świętować z jedną drużyną – Boston Celtics. Zbieranina 12 mężczyzn uformowało bezbarwną jedność, która miała jeden cel. Sześciu białych i sześciu czarnych zawodników stanowiło zespół, którego zadaniem było chronić honoru parkietu w Boston Garden i który miał za zadanie przywrócenie dawno już wygasłej świetności miasta. Mistrzostwo NBA zdobyte w tym roku przez Celtów było czymś zdecydowanie większym, niż sportowym osiągnięciem czy możliwością do powieszenia kolejnej flagi pod sufitem. 14 tytuł mistrzowski Celtów służył też jako metafora wytrwałości dla wszystkich bostończyków. Przywrócił mieszkańcom poczucie dumy z tego kim są, gdzie pracują i mieszkają oraz z tego, gdzie wychowują swoje dzieci.

                Blisko półtora miliona ludzi zebrało się na placu City Hall Plaza żeby celebrować zwycięstwo Celtów. Wszędzie widać było uniesione palce w geście zwycięstwa i słuchać było gromkie „Larry! Larry! Larry!” Z dalekiej odległości, dochodziły stłumione dźwięki dzwonów kościoła Arlington Street Church, bijącego na cześć zwycięzców.

—

                Historia, od której zaczyna się ten tekst jest na dobrą sprawę tylko wierzchołkiem wielkiej, rasistowskiej góry lodowej, która przez długi i ciemny okres zatapiała każdy czarny statek, który odważył się wpłynąć  na jej terytorium. O tym, jak źle traktowano murzynów opowiada też obszernie Bill Russell i którego historię chciałbym bliżej przedstawić przy następnej okazji. Przyznam się, że nie zdawałem sobie sprawy z tego, jak inaczej patrzy się na rywalizację w NBA, kiedy zagłębi się nieco w historię nie tylko drużyn, ale i miast, w których grają. Jak bardzo przynależność terytorialna ma wpływ na kształtowanie się całego społeczeństwa i jak cholernie istotne jest, aby zawodnicy byli emocjonalnie związani z miastem. O rasizmie można pisać sporo, bo jest to wciąż temat jak najbardziej aktualny, mimo, że w zdecydowanie mniejszym stopniu. Zależy mi jednak na tym, aby ci, którzy nie mieli okazji nigdy spotkać się z realiami panującymi w koszykarskim środowisku 30-50 lat temu, mogli  nieco bliżej zapoznać się z warunkami, w jakich przyszło się rodzić i dojrzewać naszej ukochanej dyscyplinie sportu.

Follow @daveknot


NBA

Kategoria: Archeobasketologia - Tagi: bill russell, boston celtics, larry bird
« Older Entries

4kwarta NEWS

  • NBA playoffs Top 5 (21.05)
  • NBA playoffs Top 5 (20.05)
  • NBA playoffs Top 5 (17.05)
  • NBA playoffs Top 5 (16.05)
  • NBA playoffs Top 10 (15.05)
  • Small Market, Big Heart
  • NBA playoffs Top 5 (14.05)
  • Przed drugą rundą – zachód
  • NBA playoffs Top 5 (13.05)
  • NBA playoffs Top 5 (12.05)
  • Przed drugą rundą - wschód
  • NBa playoffs Top 5 (11.05)

Blog

  • NBAcodziennie
  • Archeobasketologia
  • Power Ranking
  • NCAA
  • Podcast
  • TRADE RUMORS
  • Airball spod kosza
  • NCAA od podstaw
  • Skarb Kibica NBA 2011/12
  • Overtime
  • Archiwum

Warto przeczytać

  • Idzie lato czas na zmiany
  • Airball spod kosza: 44 mecze pierwszej rundy
  • Smaczki i krzaczki – pierwsza runda
  • O Drafcie, NCAA i limicie wiekowym
  • Airball spod kosza: Mistrzowie na wakacjach, myślą o przyszłości
  • Przygotowania Olka Czyża do Draftu
  • Rookie Ranking vol.4
  • Nagrody 4kwarty za sezon 2011/12
  • Plusy ujemne i dodatnie minusy: straty
  • O Rajonie ciąg dalszy

W halach NBA (galeria)

Wyniki

Dołącz do nas

Współpraca

Linki

  • about NCAA
  • MVP Magazyn
  • NBA & NCAA na DVD
  • PolskiKosz.pl
  • RotoStrefa. Nasz Punkt Widzenia.
  • Sport24.pl
  • Typy NBA
  • widziane z półdystansu
  • wyniki na żywo

Szukaj

buttony

blog Czwarta Kwarta - to co najważniejsze o NBA Cavs.e-nba.pl - serwis poświęcony Cleveland Cavaliers Daveknot Enbiej.pl - NBA, koszykówka HORNETS.PL IVERSON.probasket.pl Nasz Kosz NBA Every Day - NBA, NCAA, koszykówka NBAonline Denver Nuggets poprostubasket.bloog.pl – Koszykarski blog Slamdunk League ToplistaNBA Typer - zabawa bukmacherska Wysoko nad obręczą – Koszykówka w szerokiej perspektywie Zawsze po pierwsze Koszykówka

EvoLve theme by Theme4Press  •  Powered by WordPress Czwarta-Kwarta.com
to co najważniejsze o NBA

Switch to our mobile site