Copyright Czwarta-Kwarta.com Wszelkie prawa zastrzeżone
13.02.2007
Halftime
- połowa sezonu 2006/07
Heat w tym sezonie mieli okazje doświadczyć chyba wszystkich możliwych problemów, jakie mogły ich dopaść. Długo można by je tu wymieniać, ale wszyscy wiemy, jakie one były. Dlatego nie może dziwić tak słaby sezon w ich wykonaniu. Ósme miejsce w konferencji dla mistrzów NBA to bardzo niezadowalająca pozycja. Tym bardziej, że przed sezonem wydawało się, że w Southeast Division nie ma drużyn, które mogłaby odebrać mi miejsce lidera. Okazało się, że w czasie, gdy Heat męczyli się z kolejnymi problemami u ich boku Magic i Wiazdrs stali się ważną siłą na wschodzie i wyprzedzili ich.
Pierwsze mecze sezonu 2006/07 nie zapowiadały, że kilka miesięcy później Raptors będą na pierwszym miejscu w swojej dywizji i czwartym na wschodzie. Ten zaskakująco dobry wynik to sukces głównie trzech ludzi. Po pierwsze GM Raptors, Colangelo, który w czasie wakacji pozyskał bardzo dobrych zawodników i dał drużynie możliwość, aby w końcu zaczęła wygrywać. Drugi to Bosh, jest on liderem swojej drużyny i prawdziwą gwiazdą NBA, a co najważniejsze potrafi pociągnąć za sobą zespół. Trzecią osobą, która w dużym stopniu przyczynił się do lepszej gry Raptors jest trener Mitchell. Na początku był krytykowany, że nie potrafi wykorzystać sporego potencjału, jaki ma w drużynie. Jednak udowodnił, że to była tylko kwestia czasu i teraz jego zespół jest jednym z najlepszych w konferencji.
Siła drużyny z Toronto opiera się na bardzo dobrej grze zespołowej. Oprócz Bosha, jeszcze czterech zawodników zdobywa średnio ponad 10 punktów. Mitchell ma do dyspozycji długą ławkę rezerwowych, a głębia składu to bardzo ważny element, aby odnieść znaczący sukces. Tak solidne wsparcie dla Bosha przyczyniło się również do tego, że jego indywidualne statystyki się poprawiły. TJ Ford jest idealnym rozgrywającym, potrafiącym kreować grę swoim partnerom, a co najważniejsze pomaga efektywniej grać Boshowi. Właśnie takiego playmakera potrzebowali Raptors, aby zacząć wygrywać. Także wybrany z numerem pierwszym Bargnani, gra znacznie lepiej niż wielu oczekiwało. Po jego wyborze większość ekspertów uważała, że jest to zawodnik przyszłościowy, który jako debiutant nie będzie jeszcze odgrywał znaczącej roli. Natomiast Bargnani gra bardzo dobrze i jest wyróżniającym się pierwszoroczniakiem. Również Garbajosa szybko przystosował się do NBA, a jego kolega z reprezentacji Hiszpanii, Calderon, stał się bardzo ważnym rezerwowym. Natomiast najwidoczniejsza poprawa w osiągnięciach zespołowych nastąpiła w defensywie, w porównaniu z poprzednim sezonem tracą przeciętnie prawie 6 punktów mniej.
Kings kolejny rok z rzędu mieli bardzo słabą pierwszą część sezonu. W poprzednim sezonie w podobnym momencie rozgrywek mieli bilans 24-28, teraz 22-27. Dlatego, mimo, że obecnie nie imponują swoją grą to ciągle wierzą, że ponownie uda im się dobrze finiszować i wywalczyć awans do playoffs. Ich strata do najlepszej ósemki nie jest nie do odrobienia, a jeśli powtórzą tak udaną drugą część to może nie być jeszcze dla nich stracony sezon.
W tym sezonie zawodzą głównie Bibby i Miller, a to właśnie oni byli kluczowymi zawodnikami Kings w ostatnich latach. Jednak Miller miał kłopoty ze zdrowiem i widać, że ciągle ma problemy z powrotem do swojej wcześniejszej formy. Natomiast dla Bibby'ego, który poprzedni rok miał bardzo udany, ten sezon jest znacznie słabszy. Jego zdobycze punktowe spadły o prawie 4, a skuteczność rzutów zmniejszyła się z 43.2% do 38.7%. Taka postawa najlepszego strzelca Kings w ubiegłym sezonie, jest poważnym osłabieniem. Pozytywnym objawieniem jest natomiast fantastyczna gra Martina, który w obecnych rozgrywkach stał się zawodnikiem numer jedne w drużynie. Poprawił on swoją średnią punktową o ponad 10 i jest jednym z głównych faworytów do nagrody MIP. Ale to ciągle za mało by Kings mogli wygrywać.
Mimo, że historia lubi się powtarzać, w przypadku Kings prawdopodobnie się to nie stanie. Ponieważ przynajmniej osiem drużyn znajdujących się w tym momencie na miejscach gwarantujących grę w playoffs są od nich znacznie silniejsi. I nic nie wskazuje na to żeby mogli ustąpić miejsca Kings. A w Sacramento nie wygląda, aby sytuacja nagle miała się odmienić i ponownie fantastycznie finiszować. W zespole potrzebne są zmiany, w obecnym składzie mają niewielkie szanse zagrać w playoffs.
Bulls w tym sezonie prezentują się bardzo dobrze, ale nie są jeszcze tak silni, aby zdominować wschód. Mimo, że mają bardzo dobry skład i potencjał by wywalczyć sobie pierwsze miejsce, to budowa drużyny trwa dłużej niż się spodziewałem. Wiadomo, że największą siłą zespołu z Chicago jest defensywa, którą jeszcze ulepszyli w tym roku. Obecnie tracą prawie 3 punkty mniej niż w ubiegłym sezonie, a średnia 95 punktów przeciwników jest ósmym najlepszym wynikiem w NBA. Trochę słabszą stroną jest natomiast atak. Niestety dla Bulls ich czołowi strzelcy nie potrafią w każdym meczu grać na najwyższym poziomie w ofensywie. Zdążają im się rewelacyjne spotkania, jak chociażby ostatnio, przeciwko Suns, kiedy trójka Gordon, Deng i Hinrich zdobyła 85 punktów. Ale przeplatają je słabymi występami, jak na przykład z Kings, gdy ta sama trójka zawodników miała 45 punktów. To powoduje, że Bulls nie potrafią przez dłuższy czas utrzymać serii zwycięstw. Bo mimo, że ich defensywa jest bardzo silna, to większość swoich wygranych zawdzięczają skuteczności w ataku. 19 z 29 zwycięstw odnieśli gdy ich zdobycz punktowa wyniosła 100 lub więcej. Pokazuje to jak ważnym elementem jest stabilna forma najlepszych strzelców. Chociaż w tym elemencie także widać znaczący postęp w porównaniu z poprzednim sezonem. Czwórka: Gordon, Deng, Hinrich i Nocioni, zdobywa w tym roku przeciętnie 10 punktów więcej niż wcześniej. Najlepszym strzelcem jest oczywiście Gordon, który z każdym sezonem w coraz większej mierze staje się liderem drużyny w tym elemencie. Bulls potrzebują pewnego zawodnika, który w każdym meczu zdobywa ponad 20 punktów i Gorodn staje się właśnie takim graczem, ale jeszcze w pełni nim nie jest.
Patrząc na obecnych Sonics, aż trudno sobie wyobrazić, że jeszcze dwa lata temu była to jedna z najlepszych drużyn na zachodzie. I mimo, że ciągle mają w składzie swoje dwie gwiazdy to obecnie grają fatalnie i przegrywają większość spotkań. A wszystko to, kiedy Allen rozgrywa swój życiowy sezon, niestety tylko pod względem indywidualnym. W tegorocznych rozgrywkach w większości statystyk ma najwyższe średnie w swojej karierze. Ale drużyna, a zwłaszcza trener, nie potrafi tego wykorzystać i zamienić w sukces całego zespołu. Dużym osłabieniem dla Sonics była kontuzja Lewisa, rozegrał on zaledwie 29 spotkań w roku. Jest on drugim strzelcem zespołu, a jego brak spowodował, że Sonics mieli spore braki w ofensywie. Jednak na początku sezonu, z nim w składzie, gra drużyny nie była znacznie lepsza.
Wilcox miał w dużym stopniu pomóc liderom zespołu z Seattle, ale nie gra tak dobrze jak tuż po transferze z Clippers. Wydawało się, że kiedy dostanie szansę by być podstawowym silnym skrzydłowym będzie grał jeszcze lepiej. Jego statystyki są natomiast trochę gorsze w porównaniu z ostatnimi meczami sezon 05/ 06. Młoda gwiazda zespołu, Ridnour także nie gra na miarę oczekiwań. Nie poczynił on tak widocznych postępów w swojej grze jak można było się spodziewać. A jednym graczem, który coraz lepiej wspiera Allena jest Collison, stający się powoli silną konkurencja w walce o pierwszą piątkę z Wilcoxem.
Najsłabszym punktem Sonics w tym sezonie jest obrona. Wiadomo był już od kilku lat, że z defensywą mają spory problem, a trener Hill nie potrafi zmienić tej sytuacji. Tracą średnio 102.9 punktów pozwalając przeciwnikom trafiać ze skutecznością 47.8%, co jest 28 najgorszym wynikiem. Natomiast ich obecny atak nie jest na tyle silny, aby nadrobić słabości w defensywie.
Sonics grają bardzo słabo i w tym roku już tego nie poprawią. Nawet powrót Lewisa nie jest w stanie znacząco odmienić postawy drużyny. Wydaje się, że po tym sezonie powinni zdecydować się na gruntowną przebudowę zespołu. Nie może być tak, że Allen rozgrywa swój sezon życia, a Sonics są na samym dnie tabeli. Dlatego na pewno nikogo nie zdziwiłaby prośba Allena o wymianę. Tym bardziej, że Lewis po tym sezonie ma możliwość zostania wolnym agentem i zmiany barw klubowych. Na pewno nie będzie narzekał na brak ofert i zdecyduje się na przeprowadzkę. Nie wydaje się żeby tacy dobrzy zawodnicy chcieli dużej grać w tym zespole, w którym nie widać perspektyw na poprawę w najbliższym czasie.
Pierwsza część sezonu potwierdziła to, co od dawna było już wiadome, chociaż wielu zaczęło w to wątpić. A mianowicie to, że bez Shaqa, Heat nie są w stanie odnieść sukcesu. Mimo, że nie ma on już takich zdobyczy jak dawniej to ciągle jest kluczowym graczem tego zespołu. Wiadomo, że teraz pierwszą gwiazdą jest rewelacyjnie grający Wade. Ale O'Neal jest liderem zespołu na boisku i w szatni, a Wade nie potrafi na razie być tego typu przywódcą. Jednak, co najważniejsze to fakt, że partnerom znacznie łatwiej się gra, kiedy na boisku jest Shaq. Pomimo, że nie zdobywa on już tylu punktów to i tak musi być podwajany. Wtedy któryś z jego partnerów jest na wolnej pozycji i może łatwo zdobyć punkty. A jeśli przeciwnicy rezygnują z podwajania go to sam zdobywa punkty. Nawet stary O'Neal potrafi dominować pod koszem i pokonać młodszych rywali w grze jeden na jeden. Tego właśnie najbardziej brakowało Heat w pierwszej części sezonu.
Kontuzje w Miami pomogły im jednak wykorzystać w lepszy sposób zawodników, którzy wcześniej nie mieli okazji często przebywać na parkiecie. Teraz Kapono stał się podstawowym graczem i bardzo ważną strzelbą z dystansu. Dzięki rewelacyjnej skuteczności rzutów za trzy (55.4%) jest teraz trzecim strzelcem drużyny. To także daje Heat dłuższą ławkę rezerwowych, którą zajęli Walker i Posey występujący w poprzednim sezonie na zmianę w wyjściowym składzie. Także znaczną poprawę poczynił Wright, który dostał wreszcie możliwość dłuższej gry. I pokazał, że ma duży potencjał i już niedługo może rzeczywiście być kluczowym zawodnikiem.
Natomiast pozyskanie Jonesa, jest kolejnym elementem zwiększającym głębię składu, co jest bardzo istotne w przypadku wielu kontuzji. Mimo, że nie jest on już tak skuteczny jak w momencie, kiedy oddawali go do Memphis, to nadal może okazać się przydatnym graczem. Ten weteran ciągle potrafi zdobyć punkty i solidne bronić. Chociaż trzeba przypomnieć, że dotychczas zespoły dopiero po jego oddaniu zdobywały mistrzostwa. Lakers rok po wymianie z Hornets, a Heat w wakacje dokonali transferu z udziałem Jonesa a na koniec sezonu mili już tytuł. Teraz będzie miał on szansę powalczyć o swoje pierwsze mistrzostwo i udowodnić, że nie jest zawodnikiem, który nie potrafi pomóc swojej drużynie tego osiągnąć.
Fakt, że Heat dotychczas grali słabo właściwie może nie mieć już znaczenia w dalszej części sezonu. Wiadomo, że nie będą już pierwszą drużyną wschodu, ale mają spore szanse, aby spokojnie zająć pozycje w najlepszej szóstce. Ale i tak najważniejsze będą playoffs, a zeszłoroczne rozgrywki pokazały, że w tym czasie Heat potrafią wygrywać. A co najważniejsze potrafią się zmobilizować i wtedy grać znacznie lepiej niż można oczekiwać. Dlatego obojętnie, na którym będą miejscu w playoffs będzie trzeba się z nimi liczyć. Tym bardziej, że niedługo powinien wrócić Riley i wtedy z nową siłą i pomysłami poprowadzi Heat do zwycięstw. Zespół z Miami spokojnie buduje swoją siłę na playoffs i dopiero wtedy zobaczymy, czy będą w formie by powalczyć o obronę tytułu.
Raptors mają obecnie silną pozycję w czołówce wschodu i wygląda na to, że powinni utrzymać to miejsce. W Toronto tworzy się naprawdę silna drużyna, która jeszcze w tegorocznych playoffs nie odegra ważnej roli. Ale za rok mogą być liczącym się zespołem w walce o pierwsze miejsce na wschodzie.
Druga połowa sezonu powinna być lepsza niż pierwsza część. Po dosyć poważnych zmianach przed sezonem potrzebowali czasu by stworzyć zgrany zespół. Widać, że z każdym kolejnym tygodniem są coraz lepsi. Dlatego mogą nawet powalczyć o miejsce numer jeden na wschodzie, ponieważ ich strata do Pistons nie jest aż tak duża. Ale w tym sezonie nie są oni drużyną, która mogłaby myśleć o naprawdę poważnym sukcesie. Ciągle potrzebują jeszcze czasu, aby ich młode gwiazdy nabrały doświadczania i nauczyły się prowadzić zespół do zwycięstw w najważniejszych meczach.
Jednak żeby wierzyć w to, że Kings powtórzą chociażby wynik z poprzedniego roku trzeba mieć ku temu przesłanki. Niestety gra drużyny Sacramento w tym sezonie nie wygląda dobrze i nie daje dużych nadziei na sukces. Trzeba pamiętać, że rok temu w połowie sezonu dołączył do nich Artest, co było wtedy sporym wzmocnieniem i ważnym impulsem. Teraz nic nie wskazuje na to żeby nagle z meczu na mecz znacznie poprawili swoje występy.
Ważnym elementem gry zespołu z Chciago jest również walka na tablicach. Pomimo, że zawodnicy na pozycjach cztery/ pięć mają gorsze indywidualne osiągnięcia niż w poprzednich sezonach, to jako drużyna pod koszami potrafią dominować. Big Ben w tym sezonie nie gra tak dobrze jak w Detroit, ale ciągle jest wybitnym graczem będącym największą siłą defensywy. Także Brown i Sweetney nie są tak skuteczni jak wcześniej, jednak w walce pod koszami są bardzo przydatni. A debiutant Thomas ciągle przystosowuje się do profesjonalne gry. Ale nadal ci zawodnicy są w stanie zdominować przeciwników w walce o zbiórki i w blokach. Ze średnią 43.6 są 4 najlepiej zbierającą drużyną, a 7.87 bloków plasuje ich na 6 pozycji w tej kategorii.