Copyright Czwarta-Kwarta.com   Wszelkie prawa zastrzeżone
STRONA GŁÓWNA         KONTAKT
8.02.2007
Halftime
- połowa sezonu 2006/07
Przed sezonem uważałem, że Lakers mimo, że mają tak wybitnego trenera jak Jackson i zawodnika jak Bryant, nie są w stanie wywalczyć sobie dobrej pozycji w bardzo trudnej konferencji zachodniej. Jednak Lakers od początku sezonu grają bardzo dobrze i są jedną z najlepszych drużyn w NBA. Wiadomo było, że Jackson potrafi tworzyć silne zespoły, a 9 pierścieni mistrzowskich dawno udowodniło jego wielkość. Ale zawsze oprócz gwiazd miał on kilku bardzo dobrych zawodników drugoplanowych. W obecnym składzie drużyny z LA nie było widać takich graczy. W poprzednim sezonie żaden z zawodników wspierających Bryanta, oprócz Odoma oczywiście, nie grał na tyle skutecznie by pomóc zespołowi seryjnie wygrywać. A przed obecnymi rozgrywkami nie pozyskano zawodników, którzy mogliby diametralnie zmienić tą sytuację. Mimo to Jackson stworzył z nich świetną drużynę. Wykorzystał ich umiejętności w najlepszy sposób dla zespołu, dobrze dopasował ich do swojej taktyki i przekonał Bryanta do bardziej zespołowej gry. I to właśnie, że Kobe więcej gra z partnerami, stara się ich często kreować jest bardzo ważną zmianą, która w znacznej części pomogła poprawić grę Lakers. W poprzednim sezonie Bryant osiągnął to, co chciał, został królem strzelców. Teraz nie koncentruje się już tylko na swoich zdobyczach, ale na tym, aby jego drużyna grała jak najlepiej. Wydawało mi się, że Kobe nr 24 i nr 8 to ten sam zawodnik, jednak się myliłem. Gracz z numerem 24 na koszulce Lakers to dojrzały lider, który nie myśli już tylko o swoich zdobyczach.

Lakers grali bardzo dobrze nawet pod nieobecność drugiego strzelca zespołu, Odoma. Opuścił on 21 spotkań, ale pozostali zawodnicy dobrze uzupełniali braki wynikające z jego absencji. Znaczny postęp w tym sezonie poczynili Walton i Evans, ale prawdziwym objawieniem okazał się Bynum. Ten drugoroczniak dostał okazję gry w pierwszej piątce i wykorzystał ją w stu procentach. Stał się ważnym graczem drużyny i solidnym punktem pod koszem. Także przydatny okazał się debiutant Farmar, a swoją dobrą formę z zeszłego roku utrzymuje Parker. I pomimo, że pozyskany przed sezonem Radmanovic, nie gra tak dobrze jak oczekiwano, to wokół Bryanta są w tym sezonie zawodnicy potrafiący nie tylko z nim grać, ale także dobrze go wspierać.
Rockets po raz kolejny wzmocnili się w trakcie wakacji i zaczęli sezon jako jedna z najsilniejszych drużyn pod względem możliwości kadrowych. Niestety zespół z Houston prześladowany jest przez kontuzje. Na szczęście dla drużyny nie jest to tak duży problem jak rok temu, kiedy T-Mac i Yao stracili razem 60 meczy. W pierwszej połowie sezonu McGrady grał w większości spotkań i opuścił tylko 8 z nich, jednak po raz kolejny Ming ma poważną kontuzję. W tym sezonie grał on bardzo dobrze. Wydawało się, że jeśli podtrzyma swoją wysoką formę może być jednym z kandydatów do nagrody MVP, a Rockets w końcu zaczną odgrywać znaczącą rolę na zachodzie. Jednak złamana noga przerwała jego dobre występy po 27 spotkaniach. Kiedy Rockets stracili Minga do swojej świetnej gry powrócił T-Mac, który na samym początku nie przypomniał tego wybitnego strzelca jakim był jeszcze rok temu. Brak Yao był także sporym osłabieniem na centrze, ponieważ drużyna nie miała zawodnika, mogącego odpowiednio go zastąpić. A przynajmniej tak się wydawało, bo nikt się nie spodziewał, że czterdziestoletni Mutombo potrafi grać tak skutecznie przez ponad dwadzieścia minut w każdym meczu. Jego statystyki bloków i zbiórek są naprawdę imponujące, o on spokojnie może przestać myśleć o zakończeniu kariery po tym sezonie.
Blazers grają znacznie lepiej niż można było przypuszczać przed sezonem. Chociaż ich bilans nie jest imponujący i ciągle są na samym dole tabeli zachodu, to widać w ich występach sporą poprawę. Poprzednie rozgrywki zakończyli na ostatnim miejscu, wygrywając zaledwie 21 spotkań. W tym sezonie po 51 meczach mają na swoim koncie już 21 zwycięstw. Jest to duża zasługa bardzo dobrej pracy, jaką wykonuje trener McMillan. Potrafił on z tych młodych zawodników stworzyć zespół, a jego taktyka pozwoliła im znacznie poprawić grę indywidualną i zespołową. Randolph stał się prawdziwym liderem drużyny, zdobywając średnio 24 punktów i 10.4 zbiórek. Właśnie takiego gracza potrzebują Blazers, aby myśleć o tworzeniu silnego zespołu. Natomiast Roy udawania swój duży potencjał będąc najlepszym debiutantem w tym sezonie. W przyszłym roku może z Randolphem stworzyć bardzo silny i skuteczny duet, mogący zapewnić drużynie sukcesy w przyszłości. Także pozostali młodzi zawodnicy jak Jack, Outlaw, Udoka i Webster z sezonu na sezon grają znacznie lepiej.
W tegorocznych rozgrywkach Blazers mają sporo słabych stron, ale jest to naturalne w przypadku tak młodej drużyny. Najgorzej wychodzi im gra w ataku. Pomimo, że udało im się zwiększyć zdobycz punktową o prawie 5 w porównaniu z ubiegłym sezonem, to ciągle są pod tym względem jedną z najsłabszych drużyn (zdobywają średnio 93.6 punktów). Także pod względem asyst wypadają bardzo słabo, ich średnia 17.6 daje im przedostatnie miejsce w NBA. Jednak młodzi Jack i Roy szybko się uczą i już niedługo powinni znacznie lepije kreować grę partnerów. Natomiast słabo spisujący się Magloire i Przybilla, spowodowali, że Blazers nienajlepiej wypadają również pod względem zbiórek. Natomiast Aldridge nie jest jeszcze w stanie skutecznie walczyć pod koszami i potrzebuje trochę czasu, aby stać się solidnym graczem na pozycję cztery/ pięć. Sam Randolph to jednak za mało, a średnia 39 zbiórek całej drużyny jest jednym z najgorszych osiągnięć w NBA w tym sezonie.

To nie jest sezon przełomowy dla drużyny z Portland i już lepszy nie będzie. Ale widać postęp w ich grze i rozwój młodych zawodników. Dobra postawa Randolpha i Roy'a pozwala sądzić, że Blazers mają odpowiednich liderów, wokół których mogą budować swój zespół. A właściwy trener, jakim jest McMillan, na pewno zapewni im stały postęp.
 
Mimo poważnego osłabienia przed obecnym sezonem, spowodowanym odejściem najlepszego obrońcy ligi, Pistons ciągle są na samym szczycie tabeli wschodu. Było wiadomo, że drużyna z Detroit ciągle będzie silna, a odejście Big Ben, nie wpłynie aż tak na ich grę, aby stali się z miejsca znacznie słabsi. Ponieważ ich gra ciągle opiera się na świetnie grającej czwórce zawodników. Pistons w tym sezonie nie dominują tak jak rok temu, ale spokojnie utrzymują swoją wysoką pozycję. A pierwsze miejsce nie jest tylko powodem ich dobrej gry, ale bardzo słabej postawy pozostałych zespołów na wschodzie. Pistons wiedzą, że w tym sezonie nie mogą już pozwolić sobie na takie wyczerpanie sił w części zasadniczej jak w ubiegłym roku. Teraz muszą utrzymywać dobrą pozycję, pamiętając, że najważniejsze jest to, aby mieć siły i najwyższą formę od połowy kwietnia.
Knicks mają w tym momencie tylko jedno zwycięstwo mniej, niż w całym poprzednim sezonie. Jest to niezaprzeczalnie widoczny postęp, jaki poczynił zespół pod wodzą Thomasa w roli trenera. Ale ciągle drużyna Knicks, mimo, że ma teoretycznie bardzo silny skład nie gra tak, aby zapewnić sobie miejsce w pierwszej ósemce słabego wschodu. Zespół z Nowego Jorku ma jednak powody do zadowolenia, zwłaszcza po ostatnich fatalnych sezonach. Nie jest to jeszcze drużyna, z której takie miasto jak NY mogłoby być dumne, ale przynajmniej nie muszą się już ich wstydzić.
Bardzo dobrze w tegorocznych rozgrywkach spisuje się Curry. Jest to najlepszy sezon w jego dotychczasowej karierze i po raz pierwszy od przyjścia do NBA udowadnia, że rzeczywiście może być świetnym środkowym. Kolejnym zawodnikiem grającym lepiej w tym sezonie jest Crawford. Zdobywając 52 punkty przeciwko Heat potwierdził, że może być pierwszym strzelcem Knicks, jeśli się na niego postawi. Pod wodzą Thomasa także lepiej czuje się Richardson. W taktyce Browna zupełnie nie potrafił się odnaleźć, a teraz potwierdza, że jego świetny sezon w Suns to nie tylko zasługa Nasha, ale głównie jego własnych umiejętności. Bohaterem sezonu dla Knics jest jednak Lee. Ten drugoroczniak bardzo szybko swoją walką i poświęceniem na parkiecie zyskał nie tylko uznanie trenera, ale i kibiców w MSG. Jako jedyny ma on średnie na poziomie double-double i staje się coraz ważniejszą postacią w drużynie. Słabiej gra natomiast Marbury, co może jest dobre dla drużyny. Bo kiedy on rzadziej ma piłkę, rzadziej rzuca to daje to możliwość pozostałym zawodnikom większego udziału w grze. A to jest na pewno znacznie lepsze niż nieprzewidywalne akcje Marburego, które nie pomagają zespołowi. Zupełnie nie potrzebny natomiast jest w tym roku w drużynie pozyskany w poprzednim sezonie, Francis. Rozegrał on dotychczas zaledwie 21 meczy i to bardzo słabych w jego wykonaniu. Wydaje się, że dla obu stron najlepszym rozwiązaniem będzie rozstanie się, poprzez wyminę bądź wykupienie kontraktu.

To nie są jeszcze Knicks jakich można by oczekiwać, ale widać, że w końcu idą do przodu. Coś się w Nowym Jorku ruszyło, ale ciągle pozostaje sporo do zrobienia by ta drużyna mogła poważnie myśleć o playoffs. Mimo, że są na dziesiątej pozycji i teoretycznie mają jeszcze szansę na awans, to w tym sezonie nie będą w stanie przebić się do najlepszej ósemki.
Ważnym zawodnikiem w tegorocznym składzie Rockets jest także Battier. Mimo, że jego zdobycze nie są imponujące, to swoją wszechstronną i inteligentną grą bardzo pomaga partnerom. Natomiast drugoroczniak, Head, stał się najlepszym rezerwowym drużyny. Tylko pozyskany z Kings, Wells, nie pomaga im, ponieważ ciągle mam problemy ze zdrowiem. A jak już gra, to nie na takim poziomie jak się od niego oczekuje.
Dzięki postępowi zawodników Lakers, dobrej współpracy między nimi a Bryantem, w Los Angeles stworzył się silny zespół. Teraz są na szóstym miejscu na zachodzie, w drugiej części powinni utrzymać tą pozycję, a jeśli ominą ich kontuzje mogą wspiąć się na piąte miejsce. Jednak swoją prawdziwą wartość pokażą dopiero w playoffs, rok temu byli blisko wyeliminowania Suns, ale zaprzepaścili prowadzenie 3-1. Teraz mają znacznie większe szansę by zajść dalej.
Rockets są najlepiej broniącą drużyna w NBA, tracąc średnio tylko 90.3 punktów. Kiedy do gry wróci Wells ich defensywa zyska kolejny silny punkt, natomiast powrót Minga wzmocni znacząco także atak. W tym sezonie wyższej niż piątej pozycji już raczej mieć nie będą. Jeśli wszyscy w Houston będą zdrowi to w playoffs mogą mieć spore szansę, aby daleko zajść. Ale to jeszcze nie jest ich sezon. To jest drużyna, która zdrowa za rok może być jednym z głównych kandydatów do mistrzostwa.
Dużym wzmocnieniem dla drużyny było pozyskanie Webbera. Jeszcze rok temu C-Webb był drugą gwiazdą w Sixers, zdobywając średnio po 20 punktów i 10 zbiórek. W momencie, gdy Pistons coraz bardziej koncentrują się na ataku, przyda się kolejny zawodnik potrafiący zdobywać sporo punktów, a zarazem grać zespołowo. Tym bardziej, że Mohammed nie spisuje się najlepiej i nie był silnym punktem drużyny jako podstawowy środkowy. Dlatego Webber mógł zastąpić go na pozycji centra w pierwszej piątce. Nie jest on oczywiście graczem, który pasuje na tą pozycję, bo jest on i przez całą karierę był silnym skrzydłowym. Ale dobrze wkomponował się do nowej drużyny i stworzył z Wallace'm solidny duet podkoszowy. Pozytywnym objawieniem dla drużyny z Detroit jest postawa drugoroczniaka Maxiella. Poczynił on widoczne postępy w porównaniu z ubiegłym sezonem i stał się ważnym rezerwowym, których Pistons ciągle brakuje. Zawodzi natomiast Murray, nie potrafi grać tak skutecznie w Detroit jak we wcześniejszych sezonach. A to właśnie on maił być ważnym wzmocnieniem z ławki dla podstawowych graczy.

Wszystko wskazuje na to, że Pisotns zajmą ostatecznie pozycję numer jeden na wschodzie. Ale jeśli któryś z rywali będzie bardzo naciskał, to prawdopodobnie ustąpią. Wiedzą, że nie mogą się wyeksploatować tak jak rok temu. Będą chcieli mieć silną pozycję przed playoffs, ale nie za wszelką cenę. Sezon 2005/06 udowodnił, że najważniejsza nie jest pozycja w części zasadniczej, ale dobre przygotowanie do rozgrywek playoffs.