./index.html mailto:admin@czwarta-kwarta.com
Draft 2005, z numerem dziesiątym wybierają Los Angeles Lakers, decydują się na środkowego Andrew Bynuma z St. Joseph HS (NJ). Tym samym dokonali wyboru najmłodszego zawodnika w historii draftu, maił on zaledwie 17 lat 8 miesięcy i 2 dni (drugi w tej kategorii to Jermaine O'Neal, 17 l.-8 m.-14 d.). Wtedy wydawało się, że dostali gracza utalentowanego i perspektywicznego, który za trzy/ cztery lata ma szansę stać się naprawdę dobrym centrem. Najbardziej prawdopodobny był scenariusz zbliżony do przebiegu kariery O'Neala, który po czterech latach zaczął dopiero odgrywać znaczącą rolę.

W przypadku Bynuma wszystko wskazuje na to, że już w drugim roku jest gotowy na grę na najwyższym poziomie. Jako debiutant zdobywał średnio 1.6 punktów i 1.7 zbiórek spędzając na boisku 7.3 minuty. Od początku sezonu 2006/07 zaskakuje nie tylko jego wystawienie do podstawowego składu, ale także świetne przygotowanie i wysoka forma, w pierwszych ośmiu meczach odnotował 10.5 punktów, 6.5 zbiórek i 1.4 bloków. Lakers mają szczęście do graczy ze szkół średnich, wygląda na to, że tak samo jak Bryant, także Bynum nie ma poważnych problemów z przystosowaniem się do NBA.

Chyba nikt się tego nie spodziewał. Wybierając Bynuma z tak wysokim numerem Lakers sporo zaryzykowali. Głównym motywem ich decyzji o jego wyborze był fakt, że był on jednym z niewielu wysokich, dobrze zapowiadających się zawodników. Wiadomo, że w ostatnich latach pozycja prawdziwego centra coraz bardziej zanika z powodu braku graczy o odpowiednich warunkach fizycznych. A już od dawna nie pojawił się żaden wybitny środkowy z USA. Dlatego każdy wysoki zawodnik mający teoretyczne szansę aby być solidnym centrem jest szybko wybierany w drafcie kosztem nawet tych bardziej utalentowanych, ale o gorszych warunkach fizycznych. Gracze tacy jak Eddie Curry czy Robert Swift także mieli być wybitnymi środkowymi. Ale już na pewno nie staną się gwiazdami ligi. Mogą oni być bardzo dobrymi zawodnikami, ale nie będą grać na tak wysokim poziomie, jak to przewidywano. Bynum ma 2.13 wzrostu i 124.7 kg, czyli pod tym względem jest idealnym kandydatem na klasowego środkowego. Teraz ważne jest pytanie czy podzieli on los Curry'eg czy pójdzie krok dalej?

Szybka kariera Bynuma w NBA nie była możliwa do przewidzenia. Do końca nie był on nawet pewien czy zdecydować się na studia (miał grać w Connecticut) czy przejść na zawodowstwo. Dopiero udane występach w meczach McDonald's High School All-American (9 punktów i 5 zbiórek w 11 minut) i Jordan Classic (13 punktów i 5 zbiórek) przesądziły o jego decyzji przystąpienia do draftu. Co prawda w szkole średniej w 2004/05 miał średnie zdobycze na poziome 22 punktów, 16 zbiórek i 5 bloków, ale to zupełnie co innego niż profesjonalna gra. Dlatego było dużą zagadką czy będzie on wstanie przystosować się do NBA. Możliwe było oczywiście, że tak jak ostatnio wielu wysokich graczy, będzie tylko w drużynie ze względu na wzrost, nie wnosząc nic poza tym. Jednak oprócz wyśmienitych warunków fizycznych Bynum przekonał Lakers czymś istotniejszym: swoją ciężką pracą i zaangażowaniem. Jak wiadomo jest to niezbędne do osiągnięcia sukcesu w tej lidze.

I to właśnie ta ciężka praca pomogła mu w odniesieniu szybkich i widocznych postępów. Pod okiem legendy, Kareema Abdul-Jabbara, ćwiczył od samego początku swojej profesjonalnej kariery. Jak widać w obecnym sezonie, Jabbar wykonał bardzo dobrą pracę, a Bynum słuchał jego wskazówek i przykładał się do treningów. Na pewno ważny był też trener Jackson, który przeczekał cały jego debiutancki sezon, a w drugim uwierzył w jego możliwości wystawiając do podstawowej piątki. Dano mu szansę na spokojny rozwój, nie była na niego wywierana presja, aby już od pierwszego meczu na parkietach NBA był znaczącym zawodnikiem. Początkowo nawet nie oczekiwano, że będzie to możliwe aż tak szybko, dawano mu kilka lat na rozwój. Jednak, kiedy okazało się, że jest już gotowy, dostał szansę, którą wykorzystał.

Oczywiście po 8 meczach sezonu nie da się do końca ocenić prawdziwych możliwości Bynuma. Tym bardziej, że na razie w jego grze widać spore wahania. Zdarzają mu się spotkania takie jak przeciwko Wolves, kiedy zdobył 20 punktów, 14 zbiórek i 3 bloki. Ale przeplata to się ze słabszymi występami, gdy odnotowuje tylko po kilka punktów i zbiórek. Jednak jest to normalne dla tak młodego zawodnika, niemającego jeszcze doświadczenia, który dopiero od 8 meczy naprawdę zaczął poważnie grać. Można oczekiwać, że cały ten sezon będzie właśnie tak wyglądał w jego wykonaniu. Z czasem nabierze doświadczenia i ustabilizuje swoją formę.

Ale już te kilka spotkań pokazało, że ma on ogromny potencjał i może być naprawdę klasowym środkowym. Tym bardziej, że nadspodziewanie szybko rozwija się jego talent. Jeśli w wieku niespełna 20 lat potrafi grać jak równy z równym z wieloma doświadczonymi graczami, to można sobie tylko wyobrazić, na jakim poziome będzie za 3-4 lata. Jeśli nie przeszkodzą mu kontuzje, czy jego własne samozadowolenie i brak dalszej ciężkiej pracy to możemy być pewni, że obserwujemy właśnie narodziny nowej gwiazdy.

Czasy, w których mogliśmy oglądać wspaniałe pojedynki między wybitnymi środkowymi, minęły wraz z odejściem na emeryturę Davida Robinsona, Patricka Ewinga i Hakeema Olajuwona. Obecnie tylko Shaq i Ming podtrzymują tą tradycję. Teraz wygląda na to, że może się to zmienić. Nie tylko Bynum staje się coraz lepszy, ale także trzeba pamiętać, że już niedługo do NBA przyjdzie zapowiadany na wielką gwiazdę: Greg Oden (obecnie w Ohio State University), mierzący tyle samo, co Bynum i rok od niego młodszy. Może za kilka lat mecze, w których naprzeciwko siebie staną Bynum i Oden będą nawiązywały do dawnej tradycji pojedynków wybitnych środkowych.
Copyright Czwarta-Kwarta.com   Wszelkie prawa zastrzeżone
16.11.2006
Andrew Bynum - gwiazda przyszłości?